Angielska grupa założona w 1997 w Londynie. Na scenie muzycy charakteryzowali się nienagannym ubiorem, występując w garniturach i pod krawatami. Zespół wyszedł z założenia, że prezentowana przez niego muzyka była sztuką przez duże "S" i jako taka musiała być poparta podobnym image. Na styl Akercocke złożyły się: elegancja, satanizm, erotyzm i progresywny black/death. Debiutancki album nawet po tylu latach od premiery wprawia w konsternację, a wówczas z pewnością był pewnym novum. Rape Of The Bastard Nazarene to kawał konkretnie diabelskiego i wyziewowego black/deathu z elementami grindcore, który pozbawiony był stylistycznych niespójności i przyciągał na dłużej. Momentalnie uwagę zwracały charakterystyczne świdrujące riffy, piekielnie buczące wstawki klawiszowe, niebanalne struktury, smolisty klimat i zróżnicowanie wokali. Jason Mendonca używał szerokiej gamy ekspresji: blackowe skrzeki, deathowy growling, prorocze deklamacje oraz czysty śpiew - do tego dochodziły okazjonalne kobiece zaśpiewy w wykonaniu Nicoli Kemp i Tanyi Warwick. Dominowały oczywiście skrzeki i growle, a pozostałe tonacje udanie uzupełniały się z gęstą atmosferą, dodając muzyce kolejnego wymiaru. Spora ilość rytualnych przerywników pozostawiała pewien niedosyt co do czasu właściwej muzyki, ale Zulieka czy Nadja nadrabiały to z nawiązką. Progresywnych motywów użyto nad zwyczaj oszczędnie, przez co miejscami wkradała się lekka toporność.
[2] przyniósł duży skok jakościowy, gdyż został wydany przez wytwórnię Peaceville Records. Zmian stylistycznych w porównaniu do debiutu nie było na tyle dużo, by odmieniały one styl grupy nie do poznania, aczkolwiek aranżacyjnie po raz pierwszy skorzystano odważniej z pierwiastków progresywnych. Gitary brzmiały czytelniej, a bas częściej o sobie daje znać, przez co nie plątał się w tle. Utwory uległy wydłużeniu, stały się bardziej techniczne i zadziwiając industrialnymi wstawkom. Zdało to swój egzamin, gdyż kompozycje nie straciły nic ze swojej pierwotnej brutalności i szaleństwa. W daleką odstawkę odeszły grindcore'owe wpływy, ale w ich miejsce zawitały chaotyczne fragmenty, nieraz wydające się pozostawione świadomie poza jakąkolwiek kontrolą. Tam gdzie blasty sypały się w zawrotnych prędkościach, stosowano nadzwyczaj płynnie przejścia w spokojniejsze akordy (Ceremony Of Nine Angels, Horns Of Baphomet, A Skin For Dancing In). Ponownie jedynym mankamentem były przerywniki, które rozpraszały ogólnie tworzoną atmosferę. Płyta udowadnia, że Akercocke nie był chwilową niespodzianką i że kryła się za tym szersza oryginalna wizja grania ekstremalnej muzyki.
[3] wymagał od słuchacza otwartości - oryginalności, spójnego konceptu i konsekwencji już wtedy Anglikom nie dało się odmówić. Tytuł płyty był imieniem demona, który po raz pierwszy pojawił się w pismach okultystów Edwarda Kelley'a i Johna Dee w XVI wieku, w ramach ich systemu magii enochiańskiej. Choronzon stał się potem w XX wieku kluczowym elementem mistycznego systemu Thelema, stworzonego przez Aleistera Crowley'a. Demon miał niszczyć ego wzywającego, co pozwalało adeptowi przejść poza otchłań. Trafił tu utwór Leviathan, który wyróżniała piosenkowa dwugłosowa zwrotka, intrygująco niepokojący klimat w refrenie, dzikie przyspieszenia i finał z opętańczo wykrzyczanym wersem "your blood is my blood". Na całej płycie działo się sporo, a zespół nadal przeplatał blackmetalową surowość, deathowy ciężar, progresywne struktury, lżejsze momenty, klawiszowe dodatki i satanistyczną aurę. Udanie pod tym względem wypadały wielowymiarowe i solidnie zakręcone Son Of The Morning, Praise The Name Of Satan, Becoming The Advesary). Jednocześnie album był mniej ekstremalny od swojego poprzednika. Dziwił Scapegoat z dziwnymi thrashowymi naleciałościami, niepasującymi black/deathowego rdzenia.
Z nowym gitarzystą Mattem Wilcockiem przystąpiono do realizacji [4] - najbardziej ambitnej płyty Akercocke. Jeśli pierwsze trzy krążki należały do pomysłowych, unikalnych oraz odkrywczych, to nowe dzieło to całe zatrzęsienie oryginalności wyniosło ponad wszelką skalę. Kwartet przedstawił swoją muzykę w formie maksymalnie szalonej i intensywnej, jednocześnie ignorując jakiekolwiek bariery, które jeszcze gdzieś tam przewijały się przy okazji wczesnych płyt. W tym celu wymieszano elementy progresywne, nastrojowe, brutalne, techniczne, nośne i siarczyste, a wszystko połączono w świeży wizjonerski sposób. W rezultacie wszystkie partie logicznie z siebie wynikały i tworzyły jedną zakręconą całość. Porzucono żeńskie zaśpiewy, a industrialne wstawki ograniczono dosłownie kilku fragmentów. Kawałki mieniły się wieloma pomysłami na riffy, solówkami, zmianami klimatu, a także niemałą chwytliwością. Osobną kategorią były dwa zadziwiające numery. Verdelet to pomniejszy hit kalibru Leviathan, przechodzący znakomicie od miażdżącego walcowania w intensywny i dość melancholijny finał. Z kolei Shelter From The Sand" to już totalny odlot, gdzie motywy zmieniały się jak w kalejdoskopie, a jednocześnie zazębiały perfekcyjnie ze sobą. W tym blisko 11-minutowym kolosie chodziło o ogólny polot, czyli przeplatanie wątków z diabelską aurą i jednocześnie dziwnie kojącą atmosferą. Ostatni element w szczególności zaskakiwał, bo czyste gitary, pianino i zabawy tappingiem mocno celowały w eksperymentalne brzmienia w typie Lykathea Aflame. Album mógł zachwycić artystyczną odwagą, wyjątkowym klimatem i pierwszorzędnie łączył progresywne struktury z black/deathową sieczką.

Od lewej: David Gray, Jason Mendonca, Matt Wilcock, Peter Theobalds
[5] stanowił jednak dobitny przykład, iż nic nie trwa wieczne - również doskonała seria Akercocke. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że po [4] ciężko będzie grupie nagrać coś jeszcze lepszego i ambitniejszego, to byłoby zadanie raczej karkołomne. Nikt jednak nie przypuszczał, że formacja zrobi tak wyraźny krok w tył. Krążek sprawia wrażenie albumu przekrojowego, składającego się z patentów znanych z dwóch pierwszych albumów - tym samym mocno uproszczając kwestie zróżnicowanych struktur i kontrastów w sposób jakby muzycy na nowo odkrywali styl z lat. Zabrakło szaleństwa i odjechanych pomysłów, ale na pocieszenie powróciły okazjonalne bzyczące wstawki syntezatora oraz fragmenty z łagodnym wokalem. Materiał w kilku istotnych kwestiach rozczarowywał i ciążyła na nim wielkość poprzedników. Dziwiło brzmienie perkusji, a w szczególności "gumowy" werbel. Przerywnik Distant Fires Reflect In The Eyes Of Satan rozbijał dynamikę całości, a outro pod postacią płaczliwego Epode w postaci łkania wokalisty na tle zwiewnych gitar, to gruby nietakt. Na szczęście nagrano kilka rzetelnych numerów, na czele z My Apterous Angel czy Summon The Antichrist, które nawet jeśli niczego nowego przed Akercocke nie odkrywały, to nie dało się ich pomylić z żadną inną grupą. Świdrujące riffy, intensywne blasty, spokojne momenty, zróżnicowane wokale (od death/grindcore'owych porykiwań przez blackowe wrzaski do łagodnego śpiewu), szykowny satanistyczny klimat i wysoki stopień techniczny - to wszystko tu było, ale mieściło się tylko w ramach "płyty typowej". Krążek nie był zły, po prostu nie ekscytował już w takim stopniu jak dokonania wcześniejsze. Formuła nieco się wypaliła, zaś wszystko to co wcześniej innowacyjne, tutaj spowszedniało. Konsekwencją tego jakościowego potknięcia było zawieszenie działalności, a poszczególni członkowie zespołu poświęcili się osobnym projektom.
W 2017 Akercocke wrócił ku uciesze fanów - do składu powrócił Paul Scanlan, pojawiło się również dwóch nowych muzyków. Z nową płytą trzeba było długo się mocować, aby ją w pełni zrozumieć. Muzyka nie dość, że nie miała nic wspólnego z zachowawczością [5], ale nierzadko luźno nawiązywała nawet do starszych płyt. Dawni miłośnicy zespołu mogli mieć spore problemy z przebrnięciem przez całość, jako że nie była to taka forma powrotu, jaką sobie wyobrażali. Te trudności wiązały się przede wszystkim z nawiązaniami do Coroner i Voivod czy nawet Slayer - ekipa wprost zanurzała się w techniczny thrash metal. Na planie pierwszym widniało nadal przede wszystkim granie progresywne, wciąż przekładające się na ciekawe i charakterne kompozycje. Pewne ubytki tożsamości się pojawiały, ale w parterze trzymały je wokale Jasona - zarówno czyste, jak i growlowane/wrzeszczane. Płyta nie była też w takim stopniu ekstremalna co poprzednie pozycje, aczkolwiek wynagradzała to progresywna strona krążka, za którą kryły się nieoczywiste i pełne dźwiękowych labiryntów kompozycje w rodzaju First To Leave The Funeral, A Particulary Cold September (z solówką na trąbce) czy Inner Sanctum. Perkusista David Gray w pełni znalazł się w bardziej thrashującej formule i nie grał tak gęsto jak w przeszłości. Klawiszowe plamy ciekawie podbijały ogólny zagadkowy klimat i jedynie bas trochę ginął gdzieś w tle.
Nie był to więc typowy powrót - Akercocke skusił się przesunąć progresję i thrashowe fascynacje ponad wcześniejsze składowe black/deathu i zaproponował dzieło mocno różniące się od reszty dyskografii. Nowa muzyka narzuca pewne wyzwania, aczkolwiek warto się było do niej przekonać.
Dalsze losy muzyków Akercocke:
| ALBUM | ŚPIEW, GITARA | GITARA | KLAWISZE | BAS | PERKUSJA |
| [1] | Jason Mendonca | Paul Scanlan | - | Peter Theobalds | David Gray |
| [2 | Jason Mendonca | Paul Scanlan | Martin Bonsoir | Peter Theobalds | David Gray |
| [3] | Jason Mendonca | Paul Scanlan | - | Peter Theobalds | David Gray |
| [4] | Jason Mendonca | Matt Wilcock | - | Peter Theobalds | David Gray |
| [5] | Jason Mendonca | Matt Wilcock | - | Peter Benjamin | David Gray |
| [6] | Jason Mendonca | Paul Scanlan | Samuel Loynes | Nathanael Underwood | David Gray |
| [7] | Jason Mendonca | Matt Wilcock | Martin Bonsoir | Peter Benjamin | David Gray |
Jason Mendonca (ex-The Kindred, ex-Salem Orchid), Peter Theobalds (ex-Church Of Satan), David Gray (ex-The Kindred, ex-Salem Orchid, ex-Church Of Satan),
Matt Wilcock (ex-The Berzerker), Peter Benjamin (ex-Corpsing), Samuel Lyons (ex-Shrines, Voices, The Antichrist Imperium), Nathanael Underwood (Damim)
| Rok wydania | Tytuł |
| 1999 | [1] Rape Of The Bastard Nazarene |
| 2001 | [2] The Goat Of Mendes |
| 2003 | [3] Choronzon |
| 2005 | [4] Words That Go Unspoken, Deeds That Go Undone |
| 2007 | [5] Antichrist |
| 2017 | [6] Renaissance In Extremis |
| 2023 | [7] Decades Of Devil Worship (live) |

