
Angielska grupa założona w 2011 w Leeds. Początki były trudne i zespół wydawał po kolei różne wydawnictwa, nie zyskując jednak przychylności szefów żadnej wytwórni przez długie lata. Były to: EP-ka Old Chapel Demos w 2014, single Dustbowl / Arise w styczniu 2015, demówka "Beyond The Celestial" w lutym 2015, split z zespołem Bestial Invasion w czerwcu 2015 oraz utwór Deathcrusher w listopadzie 2015. Dopiero lokalna wytwórnia Fractured Mind Records z Leeds dała chłopakom szansę na wydanie [1]. Dopiero ona oraz kompozycja Cosmic Dreams z kwietnia 2017 pozwoliły na podpisanie większego kontraktu ze szwedzkim koncernem płytowym Blood Harvest. [2] wydano 4 maja 2020 i ten progresywny thrash/death robił ogromne wrażenie. 46-minutowy krążek rozpoczynał monumentalny 26-minutowy Moonbelt Immolator, podzielony na sześć części. Od starannie ustrukturyzowanych riffów muzycy gładko przechodzili do atmosferycznych fragmentów imitujących język sztucznej inteligencji, wykorzystując meandrujące kosmiczne akordy i brzęczące robotyczne głosy dochodzące z kosmicznej otchłani. Grupa wykorzystywała cały wachlarz technicznych możliwości, w pełni wykorzystując moc szarpanych riffów, shreddingowych natarć i dysharmonijnych wirtuozowskich wręcz leadów. Death metal łączył się tutaj się z pozawymiarowymi mackowatymi potworami pulpowego s-f i opery kosmicznej, a także z magazynem "Weird Tales", w którym w latach 30-tych XX wieku publikowali H.P. Lovecraft, Robert E. Howard i Clarke Ashton Smith. Sporo było w tym wszystkim Gorguts, Blood Incantation, Tomb Mold, Nocturnus, Voivod, DBC, Atheist, Sadus, Vektor i kanadyjskiego Martyr. Ten album był progresywny bez bycia progresywnym - muzycy nie musieli sięgać do cynicznych poziomów szaleństwa przeskakiwania między gatunkami, ani jakiegoś kwantowego poziomu niezrozumiałej złożoności. Idealne wyważenie thrash i death metalu sprawiało, że była to płyta niesamowicie wciągająca, a przy tym spójna pod kątem narracyjnej struktury. Etykietka był trash/death, ale to wszystko przykrywał pył elementów doomu, jazz fusion i noise'u, które ujawniały się w tej intrygującej hybrydzie nieustannie zmieniającego się utworu. Tekst przenosił słuchacza w środek galaktycznej próżni i kosmicznej podróży: "Spowity nostalgiczną mgłą; kapiący moduł radiolatarni wyrywa mnie z kolosalnego stanu snu, gdy budzę się na fotelu w kokpicie - spowite światłem gwiazdy wirują wśród amorficznych pętli, upiornych synchrotronów emitowanych z cylindrycznego smogu pulsarowych wiatrów". Bezprogowy bas Johna Riley'a usadowił się w niskich tonacjach, uskuteczniając nowe poziomy technicznych umiejętności i ekstremalnej innowacji wytyczonych przez Steve'a DiGiorgio, Seana Malone'a i Rogera Pattersona z Atheist. Xander Bradley okazał się wokalistą o odpowiedniej charyzmie to tego typu muzyki, serwując growle, bulgoty i gardłowe wrzaski. Album opakowano w czyste przejrzyste brzmienie, który ujawniało z jednej strony złożoność każdego instrumentu, a z drugiej dawało należytego kopa. Ogólna ciężkość gitar skłaniało się w tym względzie ku thrashowi - obaj Bradley'owie wydawali się niechętni wobec ciężkich dołów specyficznych dla ówczesnego death metalu. Pozostałe trzy utwory były znacznie krótsze: w (Petrified In The) Hypogean Gaol ujawniała się melodyjniejsza strona Crypt Shift, ostro uwydatniona szaleńczymi dysonansami. W The Arctic Chasm uwagę zwracał wyciszony moment z gitarą prowadzącą na wzór Opeth. Ostateczna burza meteorów nadchodziła wraz kulminacyjnym Planetary Hypnosis - szarpana riffowa egzekucja przerywana spiralnymi przerwami i nakładającymi się na siebie podwójnymi liniami prowadzącymi. Kiedy płyta dobiegała końca stawało się jasne, że [2] stanowił obowiązkową pozycję dla każdego kto interesował się "inteligentnym" i złożonym ekstremalnym metalem, opowiadającym wciągającą historię science fiction i wirując w sposób nieodgadniony w gwiezdnej pustce.

Od lewej: Joss Farrington, Xander Bradley, John Riley, Ryan Sheperson
27 lutego 2026 ukazał się [3] - kolejnym album-moloch, budzący z jednej strony niechęć niektórych wobec przepychu i rozmiaru, a wśród drugich szacunek i podziw za sprawą tego samego. 79 minut muzyki zamknięto w pięciu utworach, z których najdłuższy trwał blisko pół godziny. Grunt na jaki Anglicy wkroczyli to ruchome piaski, które mogły pogrzebać ich wizję i dzieło szybciej niż sami się tego mogli spodziewać, poprzez obnażenie wszelkich słabości i rozdmuchanie ich do gargantuicznych rozmiarów. Krążek to płyta metalowa z krwi i kości, na której inspiracje rockiem progresywnym lat 70-tych XX wieku okazały się rzeczywistymi inspiracjami, a nie imitacją. Surrealizm King Crimson i narracje pod Van Der Graaf Generator stanowiły zaledwie punkt wyjścia do muzycznej uczty, na której królowały thrash i death metal. Schuldinerowa dyscyplina aranżacyjna, voivodowy kosmos, nocturnusowy animusz i vektorowe tempa – muzykom Cryptic Shift udało się to wszystko uchwycić, zrozumieć, zaadaptować i przetrawić na swoje. To był materiał w zasadzie bezgranicznie pomysłowy i niezwykle intensywny - o ile pierwszy odsłuch mógł poddawać w wątpliwość sens pisania tak długich kawałków, tak każdy kolejny otwierał przed słuchaczem kolejną małą furtkę do zrozumienia celowości tych zabiegów. Jednocześnie grupa nie puszyła się muzycznie, nie epatowała niekończącymi się popisami instrumentalnymi, nie bujała w obłokach i nie próbowała naginać swojego muzycznego świata, aby był poważniejszy czy ambitniejszy na siłę. Wręcz przeciwnie – z tych dźwięków płynęła niekłamana radość i szacunek dla metalowej tradycji. Wsparty nowym gitarzystą Jossem Farringtonem (zastąpił Joe Bradley'a), kwartet stosował niejednokrotnie granie gdzieś już kiedyś słyszane, ale robił to z taką klasą jakby muzycy sami cieszyli się, że mogli oddawać hołd temu na czym się wychowali. Płyta była przepastna i ponadczasowa, gotowa do położenia na tej samej półce obok liderów gatunku. Pomimo gęstwiny inspiracji i aspiracji, zespół trzymał progresywne wygibasy w ryzach, ale to ostre jak żyleta riffy i blasty wiodły ten peleton naprzód. Tekstowo płyta odtwarzała alternatywną rzeczywistość do wydarzeń znanych z [2], przenosząc bohatera (The Recaller) w nowe wymiary pełne zarówno większych przygód, bardziej osobliwych spotkań, jak i kosmicznych anomalii wymiarowych czy pytań o rozbitą samotożsamość. Niemal 10-minutowy Cryogenically Frozen zaczynał się od nut jazzowych krążących wokół narracji - potem zresztą na całym albumie te monodeklamacje przeplatały się z agresywnym atakiem gardłowego wokalu Xandera Bradley'a. Niespokojnie natarczywy bas i podmuchy dewastującej gitary zderzały się z diabelnie skomplikowaną perkusją Ryana Shepersona w sposób, który wydawał się naginać czas i przestrzeń. Tutaj sporo było pomysłów zaczerpniętych z dokonań Cynic i Pestilence. Sześcioczęściowy kolos Stratocumulus Evergaol to momentami dezorientująca podróż, która niemal doprowadzała progresywny thrash/death do punktu krytycznego. The Recaller nawigował po obcych światach, doświadczał proroczych wizji i metafizycznych interakcji. Ten półgodzinny gigant przyjmował formę epicko-filmowego dzieła, które zarazem oszałamiało i odurzało w swojej panoramicznej złożoności. Bez wątpienia należało się zespołowi uznanie za ogromną wolę potrzebną do stworzenia utworu tego rodzaju, niezależnie od poglądów na muzykę. Kosmiczna bitwa w części trzeciej (Sagittarius-Carina Galaxic Marine Corps: Deploy To HD 10180 h) to rzeka blastów, zapalczywych gitar i nieustępliwego zaangażowania Bradley'a w opowiadanie historii tak ekspresyjnie jak to tylko możliwe. W drugiej części suity pojawiały się momenty względnego spokoju i fragmentów jakby to wszystko kończących, by zaraz zmaterializować kolejny motyw. Był to duchowy następca Moonbelt Immolator, którego oś czasu była równoległa - bohaterowie obu utworów odwiedzają te same planety i z tego powodu w obu przewijały się podobne motywy i całe riffy. Blisko 10-minutowy Hyperspace Topography zgłębia tematykę zmienionej percepcji, transformacji ciała i wyobrażenia o tym, które elementy geograficzne mogą tworzyć kolejny wymiar. Całość płynęła na tle oszałamiającej gamy stylów - od shoegaze poprzez blackmetalowe ozdobniki po ognisty thrash/death. Ekipa konsekwentnie zmieniała tempa, bawiąc się rytmiką i przechodząc od wieloaspektowych pasaży do mniej zawiłych segmentów. 10-minutowy Hexagonal Eyes (Diverity Trepaphyphasyzm) to olśniewające połączenie efektów, zanim pojawiał się miażdżący riff i grupa ponownie osiągała hiperszybkość. Nieustanny strumień świetnych pomysłów przykuwał uwagę niczym czarna dziura i więcej w tym kawałku było inspiracji progresywnym rockiem. Formacja podjęła tutaj godną podziwu próbę prześcignięcia nawet samych siebie, zespół wyraźnie nie stawiał sobie żadnych granic i choć co najmniej dwukrotnie aranżacja groziła wykolejeniem, kwartetowi udawało się utrzymać numer na właściwych torach. Ponad 20-minutowy Overspace & Supertime doprowadzał narrację do końca, opisując spotkania ze starożytnymi bytami międzywymiarowymi, niebezpieczną nawigację astralną, egzystencjalne objawienia i klimatyczną kulminację w klimatycznej próbie ustalenia czy The Recaller przekroczy nakreślone granice czy też zginie. Stylistycznie był to kocioł wszystkiego czego słuchacz doświadczył do tej pory, a w każdym akordzie znalazły się chwile wykwintnych melodii i autentycznego eksperymentu. Mike Browning (zmarł pięć miesięcy po nagraniach) z Nocturus wniósł dwuminutową pokręcone solówki na termenie - instrumencie kojarzącym się głównie ze specyficznymi efektami dźwiękowymi z filmów s-f. Ponieważ gra na nim odbywa się bez dotykania instrumentu (poprzez ruch rąk w polu magnetycznym anten), tego typu solowe popisy wymagają perfekcyjnego słuchu i niesamowitej precyzji. W rezultacie był to najbardziej progresywny utwór na płycie, zawierający momenty niepokojącego kosmicznego horroru, (zarówno w narracji, jak i muzyce), szczególnie w spokojniejszej centralnej części. Album był ostatecznie absolutnie genialny, a instrumentalna relacja między basem Riley'a a perkusją Shepersona wielokrotnie zdumiewała, a intuicyjne partnerstwo wirujących gitar Bradley'a i Farringtona graniczyło z telepatią. Dbałość o szczegóły na płycie była niezwykła - melodeklamacje i nietypowe efekty dźwiękowe przenosiły się na zmianę z lewego głośnika do prawego, tworząc wrażenie autentycznego ruchu przestrzennego. Śledzenie tekstów przy tej płycie było nie tylko przydatny, ale wręcz niezbędne, gdyż doświadczenie stawało się jeszcze bardziej satysfakcjonujące, kiedy monitorowało się niezliczone imiona, zwroty akcji i muzyczne wskazówki, które przemykały z prędkością światła. Okładka autorstwa kanadyjskiego grafika Jesse'a Jacobiego pomagała wciągnąć słuchacza w świat Recallera. Niektórzy słuchacze z pewnością uznali album za zbyt wymagający, przytłaczający lub po prostu zbyt obszerny, ale były to nieodzowne części jego bezkompromisowej natury. Zresztą, nie był to metal dla każdego - materiał wymagał doświadczenia podczas jednego odsłuchu, jednocześnie czyniąc takie przedsięwzięcie onieśmielającym ze względu na swoją gęstość. W głębi stawał się on popisem instrumentalnego geniuszu, wokalnego mistrzostwa i narracyjnej ambicji, wykraczających daleko poza to co mogliby sobie wyobrazić nawet wielbiciele [2].
Dalsze losy muzyków Cryptic Shift:
| ALBUM | ŚPIEW, GITARA | GITARA | BAS | PERKUSJA |
| [1] | Alexander 'Xander' Bradley | Henry Parker | John Riley | Ryan Sheperson |
| [2] | Alexander 'Xander' Bradley | Joe Bradley | John Riley | Ryan Sheperson |
| [3] | Alexander 'Xander' Bradley | Joss Farrington | John Riley | Ryan Sheperson |
Ryan Sheperson (ex-Obliterator), Joss Farrington (ex-Seprevation, Cryptworm)
| Rok wydania | Tytuł |
| 2016 | [1] Beyond The Celestial Realms EP |
| 2020 | [2] Visitations From Enceladus |
| 2026 | [3] Overspace & Supertime |
