
Kanadyjski zespół założony w 1978 w Ottawie na gruncie kapeli Hell Razor (liderowanej przez Ricciego). Nazwę zaczerpnięto od tytułu utworu Judas Priest. Zadebiutował utworami World War III i Sail On na składance "U.S.Metal 2" z 1982, następnie w tym samym roku rozprowadzono 4-utworową kasetę demo "World War III". Exciter rywalizował o uznanie publiczności z rodzimym Anvil, a wydany 14 czerwca 1983 [1] brzmiał jak Motörhead na sterydach. Pierwotnie album miał nosić tytuł "World War III Heroes" i już nawet cała kampania promocyjna była ustawiona pod takie hasło, lecz pod naciskiem wytwórni muzycznej zmieniono go na bardziej chwytliwy marketingowo. Trio urzekło metalowy światek piorunującą dawką speed metalu z thrashowym zacięciem - brudnym, dzikim, pierwotnym, z dawką niemałej agresji i świetnym jak na tamte czasy brzmieniem (ówczesna wytwórnia Shrapnel Records do super-fachowców w branży pod względem produkcji nie należała). Najbardziej zadziwiał Beehler - trudno bowiem znaleźć drugą kapelę, w której bębniarz zajmował się śpiewaniem i to ze skutkiem jak najbardziej pozytywnym, kojarzącym się z manierą wokalną Steve`a Souzy z Exodus. Dan z pewnością był lepszym pałkerem niż śpiewakiem, ale umiejscowiony w ostrym środowisku przesterowanej gitary Ricciego sprawdzał się bardzo dobrze. Kompozycje były proste, oparte na serii powtarzających się riffów granych z dużą prędkością, z wyrazistymi refrenami i apokaliptycznymi solówkami. Krótkie dynamiczne ataki stanowiły fundament Stand Up And Fight oraz Under Attack. Trafiłtu również niezwykle chwytliwy i potoczysty tytułowy Heavy Metal Maniac - sztandarowy hit z tej płyty uznawany do dziś za wizytówkę zespołu. Zespół poważył się również na numery znacznie dłuższe, gdzie Ricci dostawał pełną swobodę. Takim kawałkiem był Iron Dogs - surowy, posępny i wolniejszy od reszty materiału, który dopiero w drugiej części nabierał tempa. Tutaj zwracał na siebie uwagę basista Allan Johnson, który w finezyjny sposób uzupełniał brak drugiego gitarzysty. W Mistress Of Evil wolniejszy był tylko wstęp, a całość przypominała surowe granie grup NWOBHM z Newcastle. Zresztą surowsze granie z Wysp wywarło na Exciter znaczący wpływ, co także słychać w melancholijnym i nostalgicznym Black Witch, odnoszącym się do licznych podobnych epickich numerów NWOBHM z rockowym zacięciem (może nawet bezpośrednio do Angel Witch). Na koniec ostry jak igła Cry Of The Banshee z morderczymi atakami Ricciego i bezlitosnym pochodem perkusyjnym Beehlera. Na płycie zabrakło niestety miejsca na World War III i ten utwór znalazł się po raz pierwszy na reedycji z 2005.
Wydany w lutym 1984 [2] również znakomicie wpisywał się w tradycję mocnego grania. Płyta ukazała się w 1984, a więc w samym środku thrashowej burzy w USA i rozkwitu NWOBHM na Wyspach Brytyjskich. Muzycy Exciter zdecydowali się ostatecznie na zbrutalizowane wykorzystanie stylistyki Judas Priest oraz zaczęrpnęli pewne motywy z rodzącego się w USA heavy/power. Grupa podjęła próbę sprostania oczekiwaniom tak starych fanów jak i nowych oczekujących uderzenia mocnego, ale niekoniecznie na wielkich szybkościach. One oczywiście występował i dały fundament takim numerom jak tytułowy Violence & Force czy też Evil Sinner z wolnym mrocznym początkiem. Z pewnością najbardziej szalonym kawałkiem był Destructor, mający wiele wspólnego z US Metalem. Klasykiem koncertowym szybko stał się Saxons Of The Fire - najbardziej wyrazisty przejaw nieubłaganego stylu heavy/speedowego z fenomenalną partią gitary Ricciego. Klasyczna motoryka Exciter w nieco wolniejszej formie i posępnej heroicznej oprawie otaczała znakomity Scream In The Night i na pewno było to granie potężniejsze niż w tamtym czasie rodacy z Anvil. Tradycyjne heavymetalowe motywy wypadły również świetnie jak w Pounding Metal (po latach świetnie przerobiony przez Seven Witches) oraz w znacznej części przydługiego War Is Hell. Z kolei w Delivering To The Master uwagę zwracało gwałtowne i nieoczekiwane przyspieszenie w drugiej części. Po raz kolejny apokaliptyczne solówki Ricciego przecinały utwory jak brzytwy, a niesamowicie gęsta perkusja stanowiła podstawowe ich tło. Szkoda, że przy przeciętnej produkcji Jona Zazuli pewne szczegóły umykały - szczególnie wyborne partie Dana Beehlera. Album cieszył się od razu dużym powodzeniem i Exciter stał się podstawowym metalowym produktem eksportowym Kanady.
[3] kończył najlepszy okres działalności, przy czym grupa porzuciła współpracę z Megaforce Records na rzecz brytyjskiej niezależnej wytwórni Music For Nations. Mentalność producentów odcisnęła na zespole swoje piętno, co było widoczne już na okładce. Krążek był bardziej heavymetalowy, a mniej speed/thrashowy. Wszystko otwierał jednak ostry Long Live The Loud, a po nim następował jeszcze agresywniejszy I Am The Beast ze znakomitą (archetypową już dla grupy) melodią i brutalnym popisem kunsztu Ricciego w hipnotyzującej solówce. Gitarzysta zresztą na całej płycie był po prostu fenomenalny w swojej apokaliptyczności i nie przeszkadzało, że momentami grał na granicy nieczytelności. Surowy epicki heavy obejmował we władanie Victims Of Sacrifice i ten numer w zmiennych tempach mógł sporo dać do myślenia specjalistom od rycerskiego US Power w USA - sama rytmika i aranżacja była odmienna od typowego grania Exciter. Bardzo ciekawie połączono klasyczny speed z heroicznym graniem w Beyond The Gates Of Doom i barbarzyńskie granie było tutaj nadzwyczaj mocarne. Jedynym potknięciem był bezpłciowy Born To Die - zagrany bez pomysłu i nie pasujący do reszty, sprawiający wrażenia próby ocieplenia wizerunku w hybrydzie amerykańskiego stadionowego rocka i AC/DC. Na szczęście trio wracało na wyżyny jakości w końcowym znakomitym 10-minutowym Wake Up Screaming, w którym główną oś stanowił potężny bas Allana Johnsona i niemal manowarowe rozwinięcie w dostojnym umiarkowanym tempie. Zwracały uwagę niesamowite przejścia w drugiej części i wyostrzony bojowy motyw. Wyborne melodie, znakomite wykonanie i nawet nieoszlifowana produkcja sprawiła, że grupa stanęła na szczytach sławy. W grudniu 1985 ukazała się EP-ka Feel The Knife, w skład której weszły niepublikowany utwór tytułowy oraz dwa kawałki w wersji koncertowej: Violence And Force i Pounding Metal. Potem to wydawnictwo dołączono do zremasterowanej wersji [3]. Dan Beehler zrobił sobie przerwę, śpiewając w tytułowym kawałku Burning At The Speed Of Light na albumie Thrasher w 1985.

Od lewej: Brian McPhee, Allan Johnson, Rob Malnati, Dan Beehler
Wraz z odejściem Johna Ricci i przyjściem Briana McPhee muzyka Exciter złagodniała, zmierzając w kierunku bardziej melodyjnego grania. U Ricciego nawarstwiły się problemy osobiste i muzyk nie wytrzymał ciśnienia. Nowy wszechstronniejszy gitarzysta odmienił styl zespołu, wnosząc do gry więcej techniki i przebojowości - Brian miał bowiem dryg do melodyjnych czystych riffów, nieskażonych dozą speedowej maniery. Ta na [4] oczywiście wciąż występowała (Shout It Out, Live Fast Die Young), ale opakowano ją w formy bardziej przystępne. Wystarczyło zaznajomić się z otwierającym riffem do Break Down The Walls, by zrozumieć tą przemianę. Kolejnym dowodem na talent McPhee był Live Fast, Die Young z galopującą gitarą. Beehler spisał się tu znacznie lepiej jako perkusista niż wokalista - jego nieociosany głos stanowił dysonans na tle wygładzonego stylu nowego gitarzysty. I Hate School Rules zbliżał się do zmetalizowanego rock/metalu, jeszcze bardziej zaskakiwał powolny miarowy Living Evil. Powstała płyta niezła, momentami nawet bardzo dobra, choć dość nierówna. Już na trasie po Europie w towarzystwie Motörhead i Manowar muzycy zauwazyli, że część fanów straciła zainteresowanie Exciter. W rezultacie po zakończeniu tournee, Beehler postanowił usunąć się w cień, dając więcej pola do popisu pozostałym muzykom, w tym nowemu wokaliście Robowi Malnatiemu. Jego angaż nie wzbudził większych sensacji, lecz Exciter potrzebny był raczej ktoś o głosie "brudnym", który wpasowałby się do muzycznej filozofii Kanadyjczyków. Nagrany z Malnatim [5] (znany też jako Over The Top) okazał się krążkiem słabym i obrzydliwie zamerykanizowanym. W pewnym stopniu wypolerowana produkcja zdławiła dawną zadziorność kapeli. Nawet gitarowa wirtuozeria McPhee skłaniała się bardziej ku glam-metalowi. Jedynymi kompozycjami godnymi uwagi były Scream Bloody Murder oraz Eyes In The Sky. Płyta sprzedawała się źle, a grupa straciła większość dawnych sympatyków, powracając na sceny okolicznych klubów i barów.
Beehler spotkał Ricciego ponownie w jednym z barów pod koniec 1991. Obu w owym czasie nie wiodło się najlepiej a koniunktura na metalowym rynku zdominowanym przez death metal i rosnący w siłę grunge była niesprzyjająca. Mimo to postanowili spróbować i wspólnie napisali dziewięć kompozycji. W ten sposób Exciter został zreaktywowany w składzie z basistą Davidem Leddenem i Beehlerem ponownie za mikrofonem. Muzykom udało się podpisać nowy kontrakt z Noise Records i na rynku ukazał się [6] z paskudną minimalistyczną okładką. Muzycznie jednak nadrobiono wszystko - tak mocno zespół nie grał od czasów debiutu. Wszystko poparto najbardziej surowym z możliwych speed/thrashowym brzmieniem. Rycząca gitara Ricciego została niemal ascetycznie nagrana, bazując przede wszystkim na apokaliptycznych solówkach wymieszanych z melodyjnymi powtarzalnymi ozdobnikami. Bębny wysunięto do przodu, by stanowiły rolę rytmicznego szkieletu. Wokal w partiach łagodniejszych był na pierwszym planie, przy mocniejszym graniu wtapiał się w ogólny zmasowany atak wszystkich instrumentów. Obok numerów krótkich i zwartych jak The Second Coming, Smashin `Em Down czy Born To Kill dodane zostały te wolniejsze, zagrane w konwencji heavy (Shadow Of The Cross, Cold Blooded Murder). Fani przypomnieli sobie o zespole i ich nadzieje na sukces odżyły. Mimo to Ledder nie widział dla siebie przyszłości w zespole i odszedł - na jego miejsce przyjęto Jeffa McDonnalda. Pojawiły się oferty koncertowe, czego efektem okazał się [7] - co ciekawe nie zawierający nagrań z [6], a tylko stare hity grupy.
Mimo udanego tournee, w życiu Beehlera problemy osobiste nawarstwiły się na tyle, że jesienią 1993 Exciter ponownie został rozwiązany. Tym razem jednak nie poddał się Ricci, który w połowie 1996 zwerbował braci Charronów oraz wokalistę Jacquesa Bélangera. [8] sprawiał jednak wrażenie nagranego na siłę. Co prawda głos nowego śpiewaka był wystarczająco agresywny i ekspresyjny, jednak samo granie było mieszanką tradycyjnego speed metalu z elementami heavy i sporą dawką podanego niestety w zbyt nowoczesnym wydaniu thrashu. Płyta była cięższa i brutalniejsza od poprzednich, sprawiała wrażenie nagranej przez zupełnie inny zespół, który tylko pożyczył od Exciter nazwę. Dawne echo wracało tylko w pewnych zagrywkach Ricciego i oraz niezłych chórkach. Zabrakło jednak zdecydowanych killerów, choć wyróżniały się: potężny Assassin In Rage oraz Ritual Death z najlepszą melodią i refrenem. Reszta robiła wrażenie nieco taśmowej produkcji, bez zadbania o indywidualny wyraz, o pewnym monotonnym i jednowymiarowym wyrazie.
Po 3 latach ten sam skład nagrał zdecydowanie lepszy [9]. Samo brzmienie ustawiono wyraźnie pod lata 80-te i metalową tematykę całościowo wyjęto z klasycznych obszarów tamtych lat. Albumu słuchało się z dużą satysfakcją - płyta była odświeżoną konwencją Painkiller, podaną jednak w wybornej formie (Martial Law, Violator, Brutal Warning). Szkoda, że wykorzystano też zwykłe wypełniacze w postaci Predator czy spokojniejszego instrumentalnego War Cry. W skład [10] weszły znane kawałki ponownie nagrane, jak Violence & Force, Rain Of Terror, I Am The Beast czy Heavy Metal Maniac. Cztery lata później uparty Ricci znów wrócił z nowym śpiewakiem i basistą. Po wysłuchaniu otwierającego [11] Massacre Mountain miało się ochotę przerwać odsłuch. Fatalne brzmienie, komicznie brzmiący głos Wintera, stylistyczne pójście na łatwiznę i żenujący refren przecinający pseudothrashowe chórki spychały na dalszy plan udaną solówkę gitarową. Kolejne kawałki były jeszcze gosze. Nie było to ani oryginalne, ani imponujące, ani nawet miejscami ciekawe. Brakowało przysłowiowego "kopa" z charakterystycznym pokładem brudu i pyłu. Wielkim rozczarowaniem był również [12], zagrany na wzór niemal kapeli garażowej. Ekipa Ricciego wyraźnie straciła poczucie rzeczywistości, prezentując utwory zupełnie nijakie, skomponowane bez pomysłu i nie poparte żadnymi ciekawymi zagrywkami.
Dan Beehler i Allan Johnson założyli Bëehler i wydali pod tym szyldem rozczarowujący Messages To The Dead w 2011. Jacques Bélanger wydał z heavy/speed/thrashowym Assassin`s Blade (Agents Of Mystification w 2016 i Gather Darkness w 2019). Rik Charron bębnił w heavymetalowym Spiral Wheel (Resurrection For Revenge w 2018) i Necronomicon.
| ALBUM | ŚPIEW | PERKUSJA | GITARA | BAS |
| [1-3] | Dan Beehler | John Ricci | Allan Johnson | |
| [4] | Dan Beehler | Brian McPhee | Allan Johnson | |
| [5] | Rob Malnati | Dan Beehler | Brian McPhee | Allan Johnson |
| [6] | Dan Beehler | John Ricci | David Ledden | |
| [7] | Dan Beehler | John Ricci | Jeff McDonald | |
| [8-9] | Jacque Bélanger | Rik Charron | John Ricci | Marc Charron |
| [10] | Jacque Bélanger | Rik Charron | John Ricci | |
| [11-12] | Kenny Winter | Rik Charron | John Ricci | Rob Cohen |
Rob Malnati / David Ledden (obaj ex-Crypt)
| Rok wydania | Tytuł | TOP |
| 1983 | [1] Heavy Metal Maniac | #27 |
| 1984 | [2] Violence & Force | #12 |
| 1985 | [3] Long Live The Loud | #10 |
| 1986 | [4] Unveiling The Wicked | |
| 1988 | [5] Exciter | |
| 1992 | [6] Kill After Kill | |
| 1993 | [7] Better Live Than Dead (live) | |
| 1997 | [8] The Dark Command | |
| 2000 | [9] Blood Of Tyrants | |
| 2004 | [10] New Testament (kompilacja) | |
| 2008 | [11] Thrash, Speed, Burn | |
| 2010 | [12] Death Machine |

