
Amerykańska formacja powstała w 1999 w Raymond (Maine). Markonish i Broadbent aspotkali się po raz pierwszy w eksperymentalnej kapelce Hello Monster. Obaj byli zagorzałymi miłośnikami fantasy i s-f, a wkrótce spotkali trzeciego zapaleńcaEda Cunninghama, zakochanego w serii Rogera Zelazny`ego "Książęta Amberu". Tak powstał zespół Ogre, który zadebiutował w 2000 CD-R nazwany po prostu "Demo 2000". Pierwszą płytę wydano własnym kosztem, ale już tutaj Ogre zaprezentował się jako trio pełne żaru i mocy. W swojej intrygującej mieszance heavy-rocka, doom metalu i stoner rocka, ekipa sięgała czytelnie do dokonań legend z dawnych czasów: Budgie, Black Sabbath, Dust, Buffalo, Pentagram, Sir Lord Baltimore, Toad i Cream. To było granie z wszelkimi Szalonymi improwizacjami, ciężkimi bluesowymi riffami i zamgloną atmosferą rockowego garażu. Na sam początek startujący basem krótki manifest Ogre, choć w swym kyussowym pędzie nie dający jeszcze pełni obrazu co czekało na reszcie albumie. Zagrany w średnio-wolnym tempie sabbathowy Colossus opowiadał o gigantycznym robocie z kosmosu zlatującym na Ziemię (uwagę zwracała solówka gitarowa rodem z prog-rocka). Szybkie sfuzzowane boogie 78 wychwalało lata młodzieńcze: głośną muzykę w pokoju, plakaty na ścianie i zespół Kiss. Epicki i ponury Jaded Beast posiadał łagodny fragment pod koniec w stylu Rime Of The Ancient Mariner. Tekstowo dotyczył gry wyobraźni, umiejscawiając słuchacza to w rzymskim legionie kierującym się ku wojskom Hunów w roku 451, a to w łachmanach polskiego chłopa oczekującego niechybnego najazdu Tatarów w 1241. Cunningham śpiewał tutaj nieco pod Marka Sheltona z Manilla Road. Doom-rockowy Skeletonized w stylu Pentagram dotyczył kobiety wchodzącej jesienią do lasu, gdzie umiera. Jej kości gniją, stając się częąścią natury, a jej ukochany całuje ją na pożegnanie, gdy znajduje szkielet. Największym killerem płyty był żywiołowy dudniący Suicide Ride, snujący wspomnienia o pilotach kamikaze - samruajach japońskiego nieba z czasów II wojny światowej. Nie przeszkadzało nawet w kawałku częściowe splagiatowanie wejściowego riffu z Breadfan Budgie. Na koniec ponad 11-minutowy Black Death - kompozycja z gęstym klimatem najwolniejszego Black Sabbath i Saint Vitus. Numer wciągał całkowicie, oferując nieskazitelny heavy/doom z miażdżącymi riffami. Każdy kawałek miał swój charakter, cała trójka była znakomicie zgrana, a głos Cunninghama pasował do tego wszystkiego idealnie.
Zespół został dostrzeżony przez japońską wytywórnię Leaf Hound Records, w której barwach ukazał się kapitalny [2]. Płyta startowała riffem a la Mountain w Dogmen (Of Planet Earth), aby za chwilę przeistoczyć się w stonerowo/doomowy hit, opowiadający o lądowaniu na planecie opanowanej przez psiogłową rasę. 10-minutowy Soldier Of Misfortune maksymalnie zwalniał do klimatów relaksującego jam session z gitarą pod Black Sabbath. Klimaty lat 70-tych spod znaku Black Sabbath kontynuowano z pełną mocą w The Gas - Cunningham śpiewał nosowo, stosując przeróżne krzyki w celu urozmaicenia całości. Will Broadbent był znakomitym perkusistą - to znający się na rzeczy bębniarz z klasą, który zawsze wnosi coś świeżego do muzyki Ogre. Grupa składało hołd Leaf Hound i Sir Lord Baltimore w Woman On Fire, a zaraz w te posępne klimaty idealnie wpasowywał się cover Pentagram Review Your Choices. Nieco inny charakter miały dwa ostatnie numery. Sperm Whale to powolny numer prowadzący do solówki perkusyjnej (Broadbent grał jak natchniony, składając hołd Bonhamowi z Led Zeppelin), a bujające tempo miało przywoływać na myśl polowanie na wieloryby w łodzi harpunników. Wszystko zanikało wśród szumu oceanu, wrzasku mew i triumfalnych odgłosów zwycięskiego kaszalota. Na finał blisko 14-minutowy Flesh Feast o rytualnym charakterze, z drone`owym riffem przewodnim, później kompozycja przyspieszała porzucając złowieszcze tony i przechodząc w typowe sabbathowe dźwięki. Po epickim wachlarzu akordów, Ogre ciskał słuchacza w toń ciemnego zimnego morza. Była to poruszająca historia o trzech rozbitkach na łodzie, którzy ostatecznie zmuszeni byli zjeść się nawzajem, ale i ostatniego z nich spotykała śmierć. Świetna płyta, wyśmienicie nawiązująca jednocześnie do heavy/doomowych gigantów lat 70-tych.
Na [3] trafił jeden kawałek, trwający ponad 27 minut i składający się z jedenastu części. Na tym krążku muzycy pierwszy raz podjęli próbę stworzenia czegoś własnego i po części porzucili wpływy sabbathowe. Ekipa postawiła na płynne przejścia od melodyjnych akustycznych fragmentów poprzez wolny melancholijny doom, rockowe popisy rodem z lat 70-tych, aż do powtórzeń cyklu. Ross Markonish wplatał swoje gitarowe solówki w momentach dokładnie kiedy były one potrzebne, a Cunningham składał hołd wielkim heavy-rockowym wokalistów rockowych, dokładając sporo własnej tożsamości wokalnej. Album tekstowo poruszał kwestie ochrony środowiska, wplatając w to wojnę prymitywnych ludzi i dziwnych robotów. Było to granie intrygujące, jednakże w tym oryginalnym podejściu zabrakło w większości utwórów zapamiętywanych na miarę tych z dwóch pierwszych krążków. We wrześniu 2012 ukazał sięs składankowy [4], w skład którego weszło pięć numerów z demówki oraz sześć przeróbek, m.in. Mystic Lady Saint Vitus, The Prophet Buffalo oraz Working Man Rush. [5] i [6] brzmiały podobnie jak poprzednik - miały swoje jasne punkty, ale nie zapadały tak w pamięć jak monolityczne dwa pierwsze albumy. Z [5] wyróżniał się szybki Nine Princes In Amber oraz Sons Of Sisyphus - ten drugi stanowiący alegorię ciężkiego życia amerykańskiego robotnika w porównaniu z losem niektórych postaci z mitologii greckiej. Na [6] dało sięwychwycić kilka lekko progresywnych naleciałości, szczyptę bluesa i odrobinę heavy metalu inspirowanego początkami NWOBHM. Przesiąknięty oparami dymu zagrywki poniekąd kojarzyły się z dokonaniami takich legend jak Cirith Ungol czy Heavy Load, ale trio potrafiło równiez nagrać Hive Mind - rozbujany rock’n’roll w klimacie Rainbow ery Dio. Średnie tempa znikały w onirycznym Blood Of Winter, który był wypadkową stylu największych heavy/doomowych dzieł sprzed czterech dekad, zaprawioną mrocznym bluesem i narkotyczną atmosferą.
| ALBUM | ŚPIEW, BAS | GITARA | PERKUSJA |
| [1-6] | Ed Cunningham | Ross Markonish | William Broadbent |
| Rok wydania | Tytuł | TOP |
| 2003 | [1] Dawn Of The Proto-Man | |
| 2006 | [2] Seven Hells | #25 |
| 2008 | [3] Plague Of The Planet | |
| 2012 | [4] Secondhand Demons (kompilacja) | |
| 2014 | [5] The Last Neanderthal | |
| 2019 | [6] Thrice As Strong |
