
Amerykański zespół powstały w 2008 w San Francisco reklamowany sloganem "bardziej sabbathowego niż sam Black Sabbath". Kwartet faktycznie wykorzystywał riffy Iommiego i okultystyczne klimaty, a całość pieczętował diabelski kozioł na okładce [2]. Ten okultystyczny rock smakowicie przenikał się z elementami heavy-rockowymi i wstawkami retro-doomowymi. Szacunek wzbudzał brak wypełniaczy czy choćby słabszych momentów, gdyż całość była niezwykle równa. W przypadku Orchid fakt, że Electric Father, Masters Of It All czy He Who Walks Alone przypominały do złudzenia wczesny Sabbath przekuto w zaletę. Wielką radość grania wspierał mocny głos Mindella, śpiewającego oczywiście w sposób kojarzący się z maniera Ozzy`ego. Ta kapela pragnęła brzmieć niczym żywcem wyciągnięta z lat 70-tych i udało jej się to.
W końcu Orchid znaleźli uznanie w oczach szefów wytwórni Nuclear Blast, która rozochocona sukcesem Graveyard, przyjaznym okiem patrzyła na kapele poruszające się w podobnej stylistyce. Trzy nowe kompozycje okazały się prawdziwymi sabbathowymi hitami. Heretic był doskonałym utworem z prostym wymownym tekstem i nieodzownym orchidowym "oh yeah”. Falling Away oparto na spokojniejszym tonach, z przejmującym wokalem i klimatyczną gitarą, natomiast Saviours Of The Blind jawił się jako świetny numer z kapitalnym basem Nickela, zmianami tempa i wiernością klasyce heavy-rocka. Wszystkiego dopełnił He Who Walks Alone znany z [2]. Największym osiągnięciem artystycznym Orchid był jednak [4], czerpiący nie tylko muzycznie ze starych hard rockowych dźwięków, ale nawiązujący do tego okresu nawet szatą graficzną (nawet CD nie był srebrny, tylko czarno-winylowy). Dziewięć soczystych i dość długich wyrazistych utworów sprawić mogło niewątpliwą frajdę słuchaczom zorientowanym na wczesne Black Sabbath i Budgie. W te zamierzchłe czasy muzycy wpuszczali odrobinę świeżego powietrza w postaci nowoczesnej produkcji, jeszcze mocniej podkreślającej psychodeliczne partie wymieszane z klasycznym brzmieniem wczesnych lat 70-tych oraz licznymi wariacjami osadzonymi w rzetelnym i przekonywującym heavy/doomowym graniu. Ostateczny efekt budził szacunek. Theo Mindell wydawał się wciąż być młodszą kopią Ozzy`ego, a powrót do klasycznej stylistyki w całokształcie nie przynosił Orchid wstydu również dlatego, że muzycy czerpali z niej z dużą wprawą i wyczuciem. Zespół oddawał niski pokłon mistrzom z przeszłości, dążąc jednak do wypracowania własnej drogi w obrębie wybranej stylistyki. Ten odegrany z dużym znawstwem retro-krążek wywoływał u słuchacza błogi uśmiech zadowolenia. Utwory takie jak The Mouths Of Madness, Silent One czy rozpędzony porywającym riffem Nomad robiły spore wrażenie. Poszczególne utwory wzbogacała delikatna - ale świetnie tu pasująca - nutka typowej dla sceny San Francisco psychodelii. Heavy-rockowe nuty wzbogacone doomowymi naleciałościami i przyprószone dźwiękami hippisowskimi sprawdzały się znakomicie. Orchid zanurzał się w latach 70-tych, czyniąc to jednak w sposób bezwzględnie szczery i przebojowy.
| ALBUM | ŚPIEW | GITARA | BAS | PERKUSJA |
| [1-5] | Theo Mindell | Mark Thomas Baker | Keith Nickel | Carter Kennedy |
| Rok wydania | Tytuł | TOP |
| 2009 | [1] Through The Devil`s Doorway EP | |
| 2011 | [2] Capricorn | |
| 2012 | [3] Heretic EP | |
| 2013 | [4] The Mouths Of Madness | #23 |
| 2015 | [5] Sign Of The Witch EP |
