Włoski zespół powstały w 2009 w Veneto. Demówka "Promo 2011" pozwoliła na podpisanie kontraktu z rodzimą wytwórnią Avantgarde Music z Mediolanu. Tytuł debiutu był skrótem od "Uomini Macchine Anime" (co z włoskiego oznaczało "ludzie / maszyny / dusze"). Ponad 51 minut muzyki orbitowała wokół nastrojowego black metalu, który wywierał silny urok na słuchacza od początku do końca. Album brzmiał niczym ścieżka dźwiękowa do filmu s-f o cudach Ziemi, ale zrobiona w sposób nawiedzony i mistyczny. Duet nastawił się na stworzenie muzycznego dodatku do podróży przez kosmos, obserwatora ciągniętego przez komety lub popychanego przez wiatr słoneczny, zahipnotyzowanego widokiem gazowych olbrzymów i migotaniem odległych mgławic. Choć klimatyczna i transowa elektronika stanowiła fundament płyty, krążek oferował także wybuchające blasty i umiarkowanie zniekształcone gitary. Za tym klimatem kosmicznej odysei podążały industrialne rytmy, dudniąca perkusja i nisko stronona gitara prowadząca. Wszystko przepleciono mnóstwem dziwnych dźwięków, miejscami budując niemal kakofonię w połączeniu z dudniącym basem oraz podwójnymi motywami gitarowymi - jednym zniekształconym, a drugim eterycznie czystym. To podsumowanie różnych elementów muzyki było o tyle ważne, że wszystko oddziaływało znacząco na ciągłym podtrzymywaniu zainteresowania słuchacza. Trzeba jednak zaznaczyć, że Progenie Terrestre Pura zadebiutowało albumem bardziej urzekającym niż ciężkim, bardziej transcendentalnym niż ogłuszającym. Całość była tak elegancko podana jak sugerowała futurystyczna okładka i zespół przypominał tych nielicznych artystów, którzy brzmieli jak nikt inny. To była czysta uczta dla zmysłów i nazywanie jakiejkolwiek części płyty "black metalem" w jakimkolwiek restrykcyjnym znaczeniu było nadużyciem - a jednocześnie paradoksalnie przewijały siętutaj wpływy Dodheimsgard, Mysticum, Limbonic Art czy Aborym. Pod koniec Sovrarobotizzazione wykorzystano stłumiony czysty wokal i bezprogowy riff basowy, a w Droni zespół wzmagał intensywną grę pomiędzy zaprogramowaną perkusją a mechanicznym riffowaniem, które przechodziło następnie w heavymetalowy galop i ostatecznie, w kosmiczną próżnię. La Terra Rossa Di Marte to najbardziej zdominowany elektronicznie numer, który kończyła zaskakująca niby-bluesowa solówka. Wszczepiając industrialny black metal w tak piękne pejzaże dźwiękowe, Włosi zajmowali podobny teren estetyczny co film "Łowca Androidów" z 1982 - skalą odniesienia była nie jednostka, a cała cywilizacja wrzucona w niepewną przyszłość i pozostawiona do rozważenia warunków jej nieuniknionego końca.
Wielu krytyków doceniło ta płytę i zaprezentowany na niej ogrom nieskończoności i przestrzeni. Chwalono itrygujący sposób aranżacji, gdzie pozory struktur niweczone były przez samą obfitość i wielowymiarowość prezentowanych pomysłów. Wkrótce jednak drogi obu muzyków rozeszły się i Davide Colladon musiał na nowo odbudowywać skład. Już jako trio, Progenie Terrestre Pura zebrali się w studio, by rozpocząć prace nad [3]. Ekipa rozszerzyła nieco formułę w kilku kluczowych obszarach, nie odchodząc zbytnio jednak od stylu niemal doskonałego poprzednika. Kiedy [1] zachowywał w większości nieubłagane tempo na wzór psychodelicznej podróży przez tunel czasoprzestrzenny, to nowy krążek dawał okazje słuchaczowi na zatrzymanie się i obserwację otaczających go kosmicznych obiektów, miejsc i mieszkańców. Osiągnięto to zarówno dzięki wspaniałemu połączeniu wszystkiego co było znane oraz szerszemu wachlarzowi niespodzianek (żeńskie wokale, syntezatorowe piski, ciężkie pulsy dubstepowe, trip-hopowa perkusja). Do tego dochodziła skrupulatna i uwydatniająca wszelkie detale produkcja i bardzo dobry śpiew nowicjusza Emanuele Prandoniego, tworząc kompleksowy obraz galaktycznej eskapady przez załogi statków kosmicznych lepiej zaprawionych w bojach dzięki swoim doświadczeniom, któzy mimo to nie stracili nic ze swojego podziwu dla wszechświata. Zespół z wdziękiem operował technicznymi riffami, progresywnymi strukturami, wybuchową wrogością, industrialnym zapałem i syntezatorowymi przestrzeniami. Jednocześnie Włosi zaoferowali kilka prawdziwie autentycznych chwytów (żywe riffy w subLuce), kreowali napięcie i złe przeczucia (oltreLuna), a nawet pozwalali sobie na odrobinę zabawny (dziwaczne prowadzenie w Pianeta.Zero). Wszędzie przewijały się drżąca klaustrofobia i odrobina dziwaczności. Dzięki umiejętnościom muzyków w utrzymywaniu świeżości i zastosowaniu szerokiemu arsenałowi innych dźwięków, każdy utwór zapewniał wyjątkowe przeżycia. Jednym z ciekawszych aspektów było dodanie naturalnych instrumentacji, nie pasujących przy pierwszym kontakcie do futurystycznej aury albumu jak prawdziwa perkusja, flet i didgeridoo (instrument aborygeński) - tak jakby zaawansowana cywilizacja wynalazców napotykała kulturę pierwotną na dopiero co odkrytej planecie.
Dobrą passę kontynowaną na blisko półgodzinnym [4], który przywodził klimatem połączenie ogromu kosmosu z lovecraftowskim niepokojem. Początkowo EP-ka wydawała się bardziej konwencjonalna niż była w istocie. Trzy kompozycje przynosiły ataki ostrych wrzasków, nieubłaganych riffów i kosmicznych syntezatorów. Fabuła całości (autorstwa samego Colladona) dotyczyła kosmicznej odysei w nieznane i po raz pierwszu zdecydowano się na teksty angielskojęzyczne. Co prawda trzeba je było mieć przed sobą, gdyż niektóre fragmenty mówione (Twisted Sillouette) przykryte zostały falą zniekształconych gitar i szorstkich powarkiwań. Większość materiału na pocątku jawiła się jako prosty syntetyczny black metal, ale było tu coś co zaczyna się ujawniać dopiero po wielokrotnych przesłuchaniach. Otóż warstwa instrumentalna miała w sobie obcą esencję w zderzeniu z mixem i było to szczególne połączenie, w zasadzie trudne to odtworzenia przez innych. Klawisze były z założenia sterylne, oddając pełne życia konwencje s-f, górujące jakby nad wszelkimi ziemskimi wynalazkami. Perkusja sprawiała wrażenie mechanicznej, przypominającej nieco industrialne beaty, podczas gdy gitarowe riffy czasami konstruowan w sposób "postrzępiony". Wszystko to łączyło się w niekonwencjonalnym tyglu i kontrastowało z przeciwstawnymi częściami zaaranżowanymi w przemyślny sposób, że wydawały się przewidywalne. W zamierzeniu płytkę nagrano w niczym prosty black metal, jednakże stworzony tak, aby odbijać się od nienaturalnych obcych fragmentów i łączyć się z historią człowieka badającego nieznane. W rezultacie [4] zamiast świetnych pojedynczych numerów był małym monolitem ze szczególną atmosferą.
Do pierwszych trzech wydawnictw okładki zaprojektował niemiecki grafik Alexander Preuss. Davide Colladon dołączył do blackmetalowo/funeral-doomowego Urna (Mors Principium Est w 2013).

ALBUM ŚPIEW WSZYSTKIE INSTRUMENTY
[1-2] Nex[1] Davide `Eon[0]` Colladon

ALBUM ŚPIEW, DRUM PROGRAMMING GITARA, KLAWISZE, DRUM PROGRAMMING KLAWISZE, BAS
[3-4] Emanuele Prandoni Davide Colladon Fabrizio Sanna


Rok wydania Tytuł
2013 [1] U.M.A. [Uomini Macchine Anime]
2014 [2] Asteroidi EP
2017 [3] OltreLuna
2018 [4] StarCross EP

      

Powrót do spisu treści