
Holenderski zespół powstały w 2008. Debiut zawierał m.in. trzy numery odegrano bez poprawek w studio, w tym ponad 11-minutowy cover UFO Rock Bottom. Oba krążki mogły się ukazać w połowie lat 80-tych i być nagrane przez Picture czy inne rock`n`rollowo nastawione kapele rodzime, które cieszyły się estymą i wielką popularnością w czasach, gdy death metalowi potencjalni potentaci z Kraju Tulipanów pobierali jeszcze nauki w szkole. Drugi krązek nie mógł mieć lepszego otwieracza niż Black And Blue - klasyczne trzy minuty soczystego riffowania w stylu NWOBHM, bujającego zawadiackiego metalu opartego na motörheadowej tradycji, ale z wokalem czystym (lekko nieociosanym, lecz autentycznym). Ten heavy przesiąknięty był klasycznym hard rockiem ubiegłego stulecia w lżejszych łagodniejszych kompozycjach jak nostalgiczny Into The Fire czy wyraźnie nawiązującym do lat 70-tych Anarchistic Storm ze znakomitą solówką Verbuysta. Bas ostro wspierał gitarę i Jochen Jonkman stosował tutaj proste rozwiązania, dające w efekcie w powiązaniu z perkusją retro-sekcję rytmiczną bez przerysowań i technicznych retuszy. Odegrany prosto i zbudowany na rozpoznawalnym motywie String Of Beads był hitem przypominającym najlepsze nagrania Highway Chile. Fantastyczny dumny Leaving The Living jawił się jako cięższy od pozostałych i przy okazji brzmiał brytyjsko. Na jego tle Reap The Fields z anielskim chórkami w tle prezentował się gorzej i mógł posiadać większą siłę rażenia. Ją posiadał za to KGB, stanowiący melodyjną mieszankę specyficznego holenderskiego speed metalu i rock`n`rolla. Przy okazji Verbuyst sięgał do technicznych zagrywek Ritchie Blackmore`a. Przywiązanie do tradycji uwypuklało się w balladowo-smutnym Where`s That Devil - zbudowanym na bluesowym fundamencie i zaśpiewanym zachrypniętym głosem Jonkmana. Płyty skłaniały do wspomnień i przypominaniu sobie korzeni bez jednej nowoczesnej nuty ani też gonienia za modą i przynoszącymi największe zyski trendami. Inspiracje od początku płyty były jasne, lecz interpretacja Holendrów nadawała ich muzyce świeżości i indywidualnych cech. Było to jak spełnienie snu każdego młodego zespołu grającego w styru staro-szkolnym. Do tego muzycy Vanderbuyst czuli się niezwykle swobodnie w wybranej przez siebie stylistyce. Czasem wydawało się, że było to zmetalizowane oblicze Thin Lizzy z wokalem a la Pevey Wagner, a w grze Verbuysta można było znaleźć echa gry Ritchie Blackmore`a i Uliego Jona Rotha. Przy korzystaniu z patentów mistrzów, gitarzysta jednocześnie grał po swojemu, pozwalając słuchaczowi na domysłu skąd czerpał natchnienie.
Na [3] klarowna dotychczas produkcja nabrała większej szlachetności. Stracił na tym brud znany z dwóch poprzednich krążków, ale ogólnie muzyka tria zdecydowanie zyskała. Wyraźniejsze niż dotychczas melodie wciąż dążyły do ideału Thin Lizzy. Vanderbuyst wciąż grał w old schoolowym stylu na pograniczu hard rocka i wczesnego heavy przełomu lat 80-tych. Kandydatami do miana przebojów były Waiting In The Wings, Never Be Clever oraz Welcome To The Night. W wolniejszym Give Me One More Shot pojawiały się motywy Led Zeppelin. Chwytliwe motywy nie oznaczały komercji, a zespół nie miał najmniejszych szans pojawić się w radio. Na [4] klarowność pozostała, ale jakby potężniejsza, wzbogacona mocą znaną z dwóch pierwszych płyt. Generalnie z tym krążkiem styl Vanderbuyst okrzepł. Każde kolejne dzieło, które by powstało w przyszłości byłoby pochodną właśnie tej płyty. Brzmienie, produkcja, kompozycje i sposób grania byłaby kontynuacją tego co wrzucono właśnie na [4]. Killery w starym stylu w rodzaju In The Dead Of Night przełamywały się z wolniejszymi, jak ballada Sweet Goodbye.
| ALBUM | ŚPIEW, BAS | GITARA | PERKUSJA |
| [1-4] | Jochen Jonkman | Willem Verbuyst | Barry van Esbroek |
Willem Verbuyst (ex-Powervice)
| Rok wydania | Tytuł |
| 2010 | [1] Vanderbuyst |
| 2011 | [2] In Dutch |
| 2012 | [3] Flying Dutchmen |
| 2014 | [4] At The Crack Of Dawn |
