
Australijski zespół powstały w 2003 w Sydney. Od początku grał muzykę intrygującą i trudną do zaszufladkowania. Zagłębianie się w tajniki debiutu stanowiło nie lada radującą umysł zabawę polegającą na wyszukiwaniu muzycznych nawiązań do innych. Otwierający album Colossal z powodzeniem mógłby się znaleźć na Sabotage Black Sabbath. Andrew Stockdale śpiewał tutaj w sposób niemal identyczny jak Ozzy w drugiej połowie lat 70-tych, a przy okazji grał na gitarze niczym Iommi. Rozgłośnie radiowe przypodobały sobie drugi utwór Woman - co dziwiło, jako że był to jeden z najostrzejszych momentów płyty. Brzmieniowo, kompozycyjnie i wykonawczo był to hołd złożony Uriah Heep - z podobnym niebywałym czadem, gitarowym hałasem, chwytliwym riffem, histerycznym wokalem i atomowym Hammondem. Jednocześnie postarano się obedrzeć kompozycję z jakichkolwiek śladów nowoczesności. Wpływy Heep pojawiały się jeszcze przy okazji Joker & The Thief z niemal identycznym podejściem do muzyki pod względem struktury i sposobu grania (cytat z Gypsy). Przebojowy White Unicorn śmiało mógłby się znaleźć na trójce Led Zeppelin, a odjechany Pyramid na dowolnej płycie zespołów Eloy czy Caravan. Świetnie odtworzono tu brzmienie klawiszy, moderując je na cofnięte o blisko 30 lat. Za sprawą bluesowej rytmiki, buntowniczego śpiewu i Townshendowych brutalnych uderzeń w struny Dimension kojarzyć się mógł z The Who, z kolei rozedrgany Apple Tree nasuwał skojarzenia z MC5. W Witchcraft gościnnie wystąpili grający na tamburynie Lenny Castro oraz flecista Dan Higgins. Wysłuchawszy całej płyty, słuchaczowi malował się obraz pewnego okresu w historii muzyki - tego najlepszego i najbardziej kreatywnego z lat 1968-1973. Debiut Wolfmother oddawał błyskotliwy obraz czasów, gdy muzyka była tylko muzyką i każdy ruch w jej obrębie był dozwolony. Co ciekawe, to podejście do heavy-rocka wyszło Australijczykom na dobre - płyta sprzedała się wyśmienicie, osiągając coraz wyższe miejsca na listach przebojów (3 miejsce w ojczyźnie). Cieszył ten absolutny brak kompromisu i niczym nie skrępowana odwaga w czerpaniu z przeszłości.
Kiedy numer Vagabond został wykorzystany w filmie "500 Days Of Summer" Marca Webba, o Wolfmother dowiedziała się większa rzesza fanów - głównie w USA. Po pierwszym przesłuchaniu [2] mogło się wydawać, iż materiał był niczym więcej jak zbiorem hałaśliwych numerów. Motywami poszczególnych utworów były zazwyczaj dość nieskomplikowane gitarowe riffy podparte mocnymi rytmami nadawanymi przez sekcję rytmiczną. Zresztą konstrukcje kolejnych numerów również nie grzeszyły przesadnym wyszukaniem. Gdzieniegdzie pojawiały się nagłe zmiany tempa jak w California Queen i Pilgrim, aczkolwiek nie zmieniały zasadniczo charakteru poszczególnych kawałków. Wrzucono całą masę ciekawych linii melodycznych, często również nieskomplikowanych, a nawet prostackich. W pamięć zapadały przede wszystkim przypominający chwilami wczesne dokonania Kula Shaker New Moon Rising czy sabbathowy Sundial. Obok mocnych utworów wrzucono również lżejsze przerywniki w rodzaju In The Morning, przywołującego nieodparcie na myśl zarówno folkujące harmonie wokalne The Byrds pomieszane z floydowo brzmiącym psychodelicznym brzmieniem, jak i klimat kojarzący się z hendrixową klasyką. Źródeł inspiracji Stockdale`a łatwo było się doszukać - dominowały heavy-rockowe nuty lat 70-tych, będących jednak bardziej ukłonem w stronę brytyjskiego niż amerykańskiego dziedzictwa - Black Sabbath, Uriah Heep, Cream czy nawet Budgie (10 000 Feet). Zresztą wierne kopiowanie czasami było wykorzystywane jako zarzut, podczas gdy Wolfmother raczej chodziło o stworzenie niesamowitego klimatu sprzed ponad czterech dekad. Jedynym wyjątkiem zdawał się być stworzony na potrzeby radia White Feather z dość luźnym śpiewem oraz łagodnym sposobem prowadzenia utworu z mniej piskliwą gitarową solówką - numer jednak sprawiał wrażenie odskoczni od koncepcji produkcyjnej całości. Według podobnego schematu skonstruowano też zupełnie bezbarwny Far Away. Pomimo swoich wad, płyta okazałą się pozycją zaskakująco dobrą i godną polecenia.
W 2013 Andrew Stockdale wydał solowy krążek Keep Moving. Przez to premiera [3] była ciągle przesuwana, co nie wpłynęło pozytywnie na jej jakość. Z pewnością na uwagę zasługiwał rozpoczynający How Many Times - prezentujący grupę niczym z dawnych lat, porywający energetyczną riffową szkołą, klasycznymi gitarowymi zagrywkami i ekspresją wokalną. Typowo sabbathowe kawałki jak miażdżący Enemy Is In Your Mind oraz Tall Ships nie były specjalnie oryginalne, jednak każdemu fanowi heavy-rocka z pewnością sprawiały sporo radości. Podobnie rzecz miała się z tytułowym New Crown, w którym słychać klasyczne gitarowe zagrywki, mieszające się z psychodelizujacymi ciągotami. Album na dwie części dzielił Feelings - kompletnie nie pasująca do całości garażowa piosenka z punkowym rytmem. Kiedy wybuchał refren A Ain`t Go No, skojarzenia biegły ku Satisfaction The Rolling Stones. Niestety mocno przytłumiona produkcja zabierała kawałkowi całą energię i jego olbrzymi komercyjny potencjał. She Got It okazał się monotonnym rock`n`rollem w stylu The Datsuns. Całkowitym kompozycyjnym fiaskiem był My Tangerine Dream, którego blues-rockowa siła zwyczajnie zatracała się w monotonii i powtarzalności. Radio był kiepścizną najwyższej próby, zagraną bez dawnej lekkości, energii i świeżości. Wieńczący krążek I Don`t Know Why to kolejny stonesowy utwór, momentami skręcający w psychodeliczną stronę, ale jednak bez pomysłu i sensu. Z płyty można było wykroić kilka zacnych numerów i z powodzeniem wydać je na EP-ce. Brak spójnosci, gitarowo-kompozycyjna monotonia wkradająca się pomiędzy dźwięki i czasem zawalona produkcja sprawiły, iż było to najgorsze wydawnictwo Wolfmother.
[4] podążał w tym samum kierunku - chociaż cały czas stylistyka opierała się na surowym, garażowym brzmieniu przesterowanych gitar. Materiał nagrano przez Henson Recording Studios pod patronatem Brendana O'Briena, który zapisał w swoim dorobku współpracę z Pearl Jam, Mastodon czy AC/DC. W nowych rękach dźwięk nabrał przestrzeni, choć jednocześnie pojawiło się tu jeszcze więcej hard rockowego łomotu. Niekwestionowanymi liderami płyty były Victorious, Baroness, Eye Of The Beholder oraz Love That You Give. O ich wyjątkowości przesądzały przede wszystkim świetne melodie, nadające się na hymn niejednego festiwalu. Ciekawym elementem pojawiającym się w kilku utworach (Baronessa, balladowy Pretty Pegy) było akustyczne brzmienie gitary, przypominające raczej styl country niż hard rock. Mało wciągały natomiast Best Of Bad Situation i Happy Face, choć w tym drugim intro mogło kojarzyć się z wczesnym Black Sabbath. Na płycie znalazły się generalnie kompozycje, które z powodzeniem mogły pretendować do statusu sztandarowych w kanonie hard rocka. Niestety spora ilość wypełniaczy powodowała, że momentami płyta sprawiała wrażenie lekko nużącej i przydługiej.
| ALBUM | ŚPIEW, GITARA | GITARA | BAS | KLAWISZE | PERKUSJA |
| [1] | Andrew Stockdale | Chris Ross | Myles Heskett | ||
| [2] | Andrew Stockdale | Aidan Nemeth | Ian Peres | Dave Atkins | |
| [3] | Andrew Stockdale | Ian Peres | Vin Steele | ||
| [4-5] | Andrew Stockdale | Ian Peres | Josh Freese / Joey Waronker | ||
| Rok wydania | Tytuł |
| 2005 | [1] Wolfmother |
| 2009 | [2] Cosmic Egg |
| 2014 | [3] New Crown |
| 2016 | [4] Victorious |
| 2019 | [5] Rock`n`Roll Baby |
