
Kanadyjska grupa deathmetalowa, której początki sięgały założonej w 1988 w Montrealu kapeli Necrosis. Po wydaniu albumu Realms Of Pathogenia w 1991, zespół zmienił nazwę na Cryptopsy i zadebiutował demówką "Ungentle Exhumation" w 1993. Po podpisaniu kontraktu z wytwórnią Invasion Records, przystąpiono do nagrywania debiutu, przynoszącego zestaw piekielnie szybkich numerów, częściowo wykraczających poza ramy death metalu tamtych czasów. Zwracała uwagę urozmaicona gra perkusisty Florenta Mouniera oraz osoba ekscentrycznego wokalisty Lorda Worma, którego domeną stały się brutalne, a zarazem absurdalne teksty. Warstwa liryczna balansowała na pograniczu tematyki antyklerykalnej i gore. Specyficzny sposób growlingu stał się zresztą jednym z najbardziej charakterystycznych znaków rozpoznawczych grupy. Na niekorzyść wydawnictwa działało natomiast kiepskie brzmienie, z "pustym" werblem, schowanymi jakby w tle gitarami i wrażeniem nagrywania w korytarzu. Niewątpliwie wiele dźwięków zlewało się ze sobą, przez co powstawało wrażenie podobieństwa utworów do siebie. Na szczęście do tego zwierzęcego grania dorzucono sensowną dawką techniki. Mówiąc mniej zawile, krążek obfitował w ultra-szybkie blastowanie z finezyjnymi przejściami Mouniera, patologicznie brzmiący growling, kapitalne riffy (Mutant Christ, Memories Of Blood, Defenestration), przebijającym się ponad gitary basem i w końcu odpowiednio trupią atmosferą (wstępy do Open Face Surgery czy Serial Messiah). Krążek skrywał mnóstwo detali i zróżnicowanych zagrywek, które nadawały tej wyziewnej muzyce kolejnych interesujących warstw. Przez to nawet po wielu przesłuchach, numery nie nużyły i potrafiły przyciągnąć czymś, co wcześniej nie zwracało w ogóle uwagi.
Powstały po przebudowaniu składu [2] szybko okrzyknięto ideałem brutalnego i technicznego death metalu. Kanadyjczycy za punkt wyjścia postawili sobie takie klasyki jak Legion Deicide, Onward To Golgotha Incantation czy Symphonies Of Sickness Carcass. Mając w szeregach naprawdę utalentowanych instrumentalistów, Cryptopsy zbrutalizowało dokonania wspomnianych kapel. Mounier ponownie czarował nadzwyczajną prędkością i rewelacyjnym warsztatem, z kolei Jon Levasseur serwował ciekawe, rytmiczne i pomysłowe riffy na przemian z atonalnymi solówkami. Lord Worm operował teraz wachlarzem piskliwych skrzeków, grindcore'owych bulgotów i niskich niezrozumiałych growli. Ten krążek kipiał pomysłami - otwierający Crown Of Horns porażał brutalnością i ciężarem, a smakowite zwolnienia wzbogaciły Benedictine Convulsions. Po trasie koncertowej nowym wokalistą został Mike DiSalvo, a sama formacja trafiła pod skrzydła koncernu Century Media. [3] podtrzymywał dobry poziom, choć nie dorównywał poprzednikowi. W granicach 3-4 minut, Cryptopsy potrafili zawrzeć nawałnice dźwięków o mocy bomby atomowej, granych w najróżniejszym metrum i stosując kalejdoskop technik instrumentalnych. W takim tempie jednak nawet najdziwniejsze dźwięki po prostu zlewały się w całość, w dodatku zbyt mocno przesterowano gitary, a perkusyjny łomot i rozszalały bas zamiast czarować słuchacza zwyczajnie go męczyły. Śpiew DiSalvo przypominał tonację Johana Liivy z Arch Enemy, zrywając ze spuścizną niesławnego poprzednika. W niektórych kawałkach frontman wypadł jednak komicznie i nieporadnie - szkoda, gdyż jak zwykle instrumentalnie zespół jawił się fenomenalnie. Album skierowano w zasadzie wyłącznie do osób lubujących się w technicznym graniu, a zarazem otwartych na brutalne dźwięki.
Pamiętając jak bardzo na poprzedniku zmarnowano potencjał na wybitny materiał, trudno było spodziewać się po [4] jakichś rewelacji. Krzywdzącym byłoby jednak określenie zawartości czwartego krążka Cryptopsy jako kalki [3], choć jako całość materiał znów rozczarowywał faktem, iż do tak zaawansowanej ekstremy dobrano wokale ze skrajnie innej parafii. Instrumentalnie kawałki sprawiały wrażenie jeszcze bardziej zawiłe, brutalniejsze i szalone niż w przeszłości (Voice Of Unreason, We Bleed czy w końcu Screams Go Unheard, w którym użyto didgeridoo (instrument dęty australijskich Aborygenów). Dzięki Levasseurowi i Mounierowi aż roiło się od technicznych niuansów, brutalnej wyziewności i komplikowania gdzie się da. Wszystko jednak traciło na jakości przy hardcore'owych wrzaskach DiSalvo - do takiej rzeźni zdecydowanie potrzebny był konkretny growling, nie zaś pokrzykiwanie na core'ową modłę. Frotnmanowi po tym niepowodzeniu podziękowano i po jednorazowym epizodzie w postaci Martina Lacroixa na koncertowym [5], zatrudniono starego znajomego Dana Greeninga. Z nim w składzie, ale już bez Jona Levasseura, nagrano [6], który nie wzbudził większych emocji pomimo wprowadzenia nietuzinkowych i wręcz ocierających się o awangardę rozwiązań. Jedym z nich była duża ilość nieregularnych podziałów rytmicznych, gitarowych zawijasów, niejednoznacznego klimatu w typie post-apokaliptycznym, dziwnych samplowanych wstawek czy przeplatania szczekliwych wokali Worma z poetyckimi deklamacjami. Florence Mounier przeszedł samego siebie, nagrywając jedne z najlepszych partii w swojej karierze - niezwykle intensywnych, pędzących z szybkością światła, jednocześnie precyzyjnych i zakręconych. Z kompozycji największą uwagę zwracały: The Pestilence That Walketh In Darkness ze spokojnym wstępem i brutalnym rozwinięciem, Keeping The Cadaver Dogs Busy z jazzowym wstępem oraz Angelskingarden - w zasadzie najlepiej balansujący między nowinkami a deathmetalową brutalnością. Najwięcej wątpliwości wzbudzało zakończenie w postaci plumkającego The End i będący autocytatem Endless Cemetery, w który wciśnięto identyczny riff z The Pestilence That Walketh In Darkness. Cryptosy wrócił do formy, a Kanadyjczycy pokazali, że po dwóch słabszych krążkach studyjnych byli w stanie przenieść ekstremę na kolejny intrygujący poziom i sensownie rozszerzyć ją o nieco bardziej zawiłe patenty.

Od lewej: Alex Auburn, Florent Mounier, Jon Levasseur, Lord Worm, Eric Langlois
[7] do dziś płyta jest tą najbardziej znienawidzoną przez fanów w całej karierze Cryptopsy. Niedługo bowiem po wydaniu [6] zrekrutowano drugiego gitarzystę Christiana Donaldsona, a kiedy ponownie odszedł Dan Greening (tym razem rzekomo z powodów zdrowotnych) do składu dokoptowano z kompletnie innego świata: wokalistę Matta McGachy;ego z metalcore'owego 3 Mile Scream oraz grającą na klawiszach Maggie Durand. Na przestrzeni trzech lat, które minęły od 2005 wszystko zmieniło się nie do poznania. Porzucono death metal, stawiając na deathcore z elementami kapel rodzaju All That Remains czy Killswitch Engage - w rezultacie techniczne zagrywki zepchnięto na dalszy plan. Z dawnych czasów pozostały jedynie blastowanie i zawijasy, podczas gdy McGachy celował w przewidywalne core'owe porykiwanie. Co gorsza, zdarzało mu się zbyt często wchodzić w czyste przesłodzone zaśpiewy (Bemoan The Martyr, Contemplate Regicide, Leach, The Plagued). Fani nie zaakceptowali też klawiszy, pasujących do Cryptopsy niczym siodło do świni. W domyśle te syntezatory miały podkręcać ogólną dramaturgię, ale w praktyce ich udział sprowadzał się do nudnego podgrywania w tle lub rozmiękczania i tak już wystarczająco żenujących fragmentów z czystym wokalem. Zatrważająco słabo wypadł ten album także pod względem produkcyjnym, ze sztucznie podkręconym werblem i nazbyt skondensowanym dźwiękiem. Ten krążek nie powinien się w ogóle ukazać pod szyldem Cryptopsy - pod inną nazwą też nie rzucałby na kolana, ale jednak dałoby się go bezproblemowo pominąć i uznać za studyjny eksperyment.
Miażdżąca fala krytyki szybko dała zespołowi do zrozumienia, że wyjście z tego bagna jest tylko jedno - naprawić wizerunek nawrotem na brutalne i zakręcone brzmienia. Po kolejnych czterech latach oczekiwań Cryptopsy powrócił ze znakomitymi przeprosinami w postaci [7]. Pomimo obecności dość nielubianego McGachy'ego i standardowych zawirowań w składzie, było to najlepsze dokonanie grupy bez Lorda Worma w składzie. Częściowo była to zasługa starego znajomego gitarzysty Jona Levasseura, który powrócił w szeregi formacji - częściowo pozbyciu się panienki na klawiszach. Fanów przywitał brutalny death, nabuzowany energią, pełen zmiennych motywów, obfity w sensowną motorykę i wzbogacony technicznymi ozdobnikami. Zaskakująco nieźle wypadły wokale, tym razem bliższe klasycznemu growlingowi. Za dowód służyły choćby Damned Draft Dodgers, Shag Harbour's Visitors czy Red-Skinned Scapegoat. Na minus tylko zbyt skompresowane brzmienie, któremu przydałoby się więcej naturalności. Cryptopsy powrócił na deathmetalowe tory i przestał eksperymentować na siłę. W kolejnych latach grupa zintensyfikowała działalność i na przestrzeni sześciu lat ukazały się tylko dwie EP-ki. Pomimo ponownej utraty Jona Levasseura, udało się w zawężonym składzie zachować sedno stylu i nagrać kawał konkretnej rzeźni. Obie płytki były jakby [7] w pigułce. Przeważała naturalnie jazda na najszybszych obrotach, choć zwolnienia pojawiały się w DetritusSire Of Sin. Matta McGachy po raz drugi przekonywał adwersarzy, że potrafił growlować w niższych rejestrach i tylko okazjonalnie zdarzało mu się zapędzać w metalcore'owe krzyki. W tej mieszance ryku i wrzasku była jakaś metoda, o czy, świadczyły wybuchowe Framed By BloodThe Wretched Living.
W 2023 do sprzedaży trafił [11], ale powodów do zachwytu nie było. Krążek trwał zaledwie 33 minuty i w zasadzie niczym szczególnym się nie wyróżniał. Problem tkwił w kwestiach kompozytorskich i brzmieniowych. Ten album sprawiał bolesne wrażenie skomponowanego i wyprodukowanego przy pomocy sztucznej inteligencji w dość niewyszukany sposób. Zmieszano w tyglu aranżacyjnym wszystkie znane dotychczasowe pierwiastki twórczości i podstawę kawałków stanowiły nazbyt ograne patenty, tym razem jednak w mniej szalonej i przesadnie sterylnej oprawie. Wcześniej Cryptopsy potrafił wrocić i brzmieć świeżo, intensywnie i pokrętnie - tutaj wiekszość tych składowych po prostu gdzieś wyparowała. Utwory
niby naładowano brutalnością, lecz odarto je jasno zarysowanego charakteru. Zarazem riffy były bezbarwne, ślepo naśladujące styl Jona Levasseura. McGachy zbyt często zapędzał się w rejony pełne core'owych wrzasków i cała ekipa zaprezentowała się ostatecznie jako produkt rodem z generatora, nie zaś deathmetalowa legenda z krwi i kości. To wszystko spowodowało, że część fanów podchodziła do wydanego dwa lata później [12] jak do jeża. W końcu od jakiegoś czasu płyty Cryptopsy ani grzały ani ziębiły, nie mając z wczesnymi albumami wiele wspólnego. Pierwszy odsłuch sprawiał wrażenie erraty mankamentów swojego poprzednika, ale w zasadzie odbudowano tylko jeden z filarów, czyli przestano przerabiać samych siebie. Tutaj ekipa potrafiła prawdziwie sponiewierać, przy okazji nie siląc się na jakieś nowoczesne granie. Z akordów gitary Christiana Donaldsona wzbijał się znajomy chaos, jak zawsze świetnie prezentowało się nieznające litości i fachowe bębnienie Mouniera. Najsłabsze ogniwo zespołu, czyli Matt McGachy, nadal do siebie w stu procentach nie przekonywał, ale nagrał rzetelne partie growl, a w innych tonacjach unikał jak ognia deathcore'owej sztampy. Tym razem 33 minuty materiały przysłużyły się mu pozytywnie - krótkie treściwe strzały typu Dead Eyes Replete lub Fools Last Aclaim zachęcały do powtórnego odsłuchu. Kwintet w interesujący sposób odświżał własną formułę w The Art Of Emptines, w którym pobrzmiewały blackmetalowe riffy, z kolei Our Great Deception od ujmującego początku znakomicie przechodził w klasyczną dla Kanadyjczyków naparzankę. Swego rodzaju rarytasem był Embrace The Nihility, w którym kilka słów gościnnie dorzucił od siebie stary znajomy Mike DiSalvo. Szkoda, że brzmieniowo była taka sama padaka jak zawsze i nazbyt sterylny mastering odzierał ten death metalu z oczekiwanego brudu. Album wzbudzał zaciekawienie i nie sprawiał poczucia marnowania czasu. Cryptopsy w zmyślny sposób stworzył treściwy i żywiołowy materiał, a zarazem nie wykonał typowego kroku w tył lub powoływania się na old school.
Dalsze losy muzyków Cryptopsy:
| ALBUM | ŚPIEW | GITARA | GITARA | BAS | PERKUSJA | KLAWISZE |
| [1] | Dan 'Lord Worm' Greening | Steve Thibault | Jon Levasseur | Martin Fergusson | Florent Mounier | - |
| [2] | Dan 'Lord Worm' Greening | Jon Levasseur | Eric Langlois | Florent Mounier | - | |
| [3] | Mike DiSalvo | Miguel Roy | Jon Levasseur | Eric Langlois | Florent Mounier | - |
| [4] | Mike DiSalvo | Alex Auburn | Jon Levasseur | Eric Langlois | Florent Mounier | - |
| [5] | Martin Lacroix | Alex Auburn | Jon Levasseur | Eric Langlois | Florent Mounier | - |
| [6] | Dan 'Lord Worm' Greening | Alex Auburn | Eric Langlois | Florent Mounier | - | |
| [7] | Matthieu McGachy | Christian Donaldson | Alex Auburn | Eric Langlois | Florent Mounier | Maggie Durand |
| [8] | Matthieu McGachy | Christian Donaldson | Jon Levasseur | Olivier Pinard | Florent Mounier | - |
| [9-12] | Matthieu McGachy | Christian Donaldson | Olivier Pinard | Florent Mounier | - | |
Dan Greening / Steve Thibault / Florent Mounier (wszyscy ex-Necrosis), Jon Levasseur (ex-Ablation), Mike DiSalvo (ex-Infestation),
Alex Auburn (ex-R.A.W.W.A.R.), Matthieu McGachy (3 Mile Scream), Christian Donaldson (ex-Minds, Mythosis), Olivier Pinard (ex-Neuraxis, Vengeful)
| Rok wydania | Tytuł |
| 1994 | [1] Blasphemy Made Flesh |
| 1996 | [2] None So Vile |
| 1998 | [3] Whisper Supremacy |
| 2000 | [4] And Then You'll Beg |
| 2003 | [5] None So Live - Montreal 2002 (live) |
| 2005 | [6] Once Was Not |
| 2008 | [7] The Unspoken King |
| 2012 | [8] Cryptopsy |
| 2015 | [9] The Book Of Suffering (Tome 1) EP |
| 2018 | [10] The Book Of Suffering (Tome 2) EP |
| 2023 | [11] As Gomorrah Burns |
| 2025 | [12] An Insatiable Violence |

