
Amerykańska formacja powstała w 1994 w Lyndhurst (New Jersey) na gruzach kapelki Funereus. Nie licząc oczywiście debiutu Cathedral, obok fińskich Thergothon i Skepticism, angielskiego Esoteric i australijskiego Mournful Congregation, to właśnie Evoken stał się jednym z najlepszych prekursorów funeral doomu. Ekipa wpierw zrealizowała pięcioutworową demówkę "Shades Of Night Descending" w tym samym 1994 roku, jeszcze z basistą Billem Manley'em. Kwartet grał jeszcze wówczas nieporadny doom/death, za to już z zalążkami klimatu najwyższej klasy. Nie było to jeszcze granie tak przytłaczające, posępne i melancholijne jak w kolejnych latach, tu chłopaki nastawili się na dynamiczne riffowanie, podparte duchem złotej ery death metalu. Pierwsza płyta podążyła podobnym torem, nie zarzucając młodzieńczej cząstki nieokrzesania i nieświadomości, która zaniknąć miała trzy lata później, pozwalając narodzić się zespołowi o skrystalizowanej wizji. Nagrania z albumu spowito w raczkującą aurę tajemnicy, brzmiały one mgliście z lekką nutką "gotyckości". Funeral doom nie pozwalał na zbyt wielką kreatywność w kwestii poszczególnych aranżacji, a jednak Vince Verkay na tyle urozmaicił partie perkusji, że muzyka nabierała odpowiedniego dynamizmu nawet w najwolniejszych momentach. Pojawiły się elementy późniejsze elementy twórczości jak przytłaczająca gitarą przewodnia, głęboki growling (momentami przechodzący nawet w blackmetalowy skrzek) i okazjonalne podkręcenia tempa, by zaraz zmiażdżyć słuchacza jeszcze potężniejszym zwolnieniem. Zastosowany produkcyjny pogłos, nadający utworom przestrzenności i monumentalizmu - w rezultacie echa perkusyjnych uderzeń wybrzmiewały niczym w opuszczonej katedrze (Tragedy Eternal, To Sleep Eternally).
[2] jawił się jako dojrzalszy brat poprzednika. Przede wszystkim brzmieniowo było podobni i bębny pozostawiały po sobie potężne echo, dominując nad pozostałymi instrumentami. Całość została jednak wzbogacona o takie smaczki, jak wiolonczele (Quietus) dodające fenomenalną atmosferę smutku. Zespół mocniej zaakcentował właśnie ten depresyjny i przytłaczający aspekt swojej muzyki. Płyta była zróżnicowana – z jednej strony atakował nawiedzony wisielczy nastrój, z drugiej pojawiały się inspirowane klasyką (riffy a la Celtic Frost w Tending The Dire Hatred). Równie dobry był [3], a tytułowy Antithesis Of Light emanował takim mrokiem, że pochłaniał on wszelkie światło. Krążek znów niósł ze sobą kompozycje niewyobrażalnie ponure, z ogromną dawką ciężaru, niepokoju i dzikiego przedśmiertnego cierpienia. Nadal wielkie wrażenie robiły nieoczekiwane przyspieszenia, zgniatające wszystko na swojej drodze. Dramaturgii dodawał grobowy wokal i okazjonalnie wykorzystane instrumenty smyczkowe.
[4] wypełniło przepotężne granie - to była pustka, wciągająca otchłań i czarna dziura zarazem. Tak jak [3] emanował głównie posępnym klimatem tworzonym w dużej mierze dzięki klawiszom i orkiestracjom, tak tutaj muzycy serwowali ważące tonę riffy, przesuwające się niczym płyty tektoniczne. Ponownie pojawiły się odwołania do wizjonerów z Celtic Frost, bo gitary brzmiały jak dwukrotnie spowolniona wersja tego zespołu, przepuszczona dodatkowo przez brudny filtr Incantation (zresztą w składzie znalazł się tym razem członek tej grupy Craig Pillard). Te siedem kompozycji (w tym instrumentalny Mare Erythraeum) wysysało resztki nadziei i optymizmu. Choćby Descend Into Lifeless Womb wpierw sączył się niczym jadowita melodia, potem wchodził szept Johna Paradiso, a następnie nieoczekiwanie niczym młot uderzał poprzedni riff, tym razem dobijając wszelkie pozostałe jeszcze aspekty życia. Albo tytułowy A Caress Of The Void miażdżył bez ostrzeżenia niemal od razu po kilku chorych dźwiękach na początku. Płyta oscylowała między motywami gotyckiego horroru (Mary Shelley, H.P. Lovecraft), a rodzącym się postmodernizmem (Franz Kafka), doprowadzając ten muzyczno-metafizyczny nihilizm na sam szczyt.
Również [5] nie zawodził i te kruszące czaszki riffy przeszywały aurą depresji, bezsilności i rozpaczy. Skala sposobów, na które gitary snuły ponure wizje bezlitosnej agonii wprost zadziwiały. Kiedy słuchacz zostawał doszczętnie wbity w fotel piekielnie ciężkimi walcami, Evoken potrafił dokończyć dzieła mięsistym, deathowym i gęstym przyspieszeniem. Z tej cmentarnej aury kilkakrotnie wyłaniały się melodyjne solówki, przybierające formę przenikliwych hymnów zagłady. Klawisze nowego muzyka Dona Zarosa stanowiły personifikację duchoty i bezdusznej zimnej pustki. Paradiso stanął na wysokości zadania, prezentując ten sam nieludzki wyziew co zawsze, przywołujący na myśl spowite cieniem krypty lub pokryte mgłą nekropolie. Album wydobywał w największym blasku mizantropijnego ducha twórczości grupy i dodatkowo wzbogacał go o coś więcej. Na tej płycie wielokrotnie dochodziło do sejsmicznych wstrząsów, czy to poprzez dudnienie sekcji rytmicznej, czy też poprzez wybuchy krótkich miażdżących serii gitarowych ciosów. Evoken w świecie funeral doomu stworzył własne wszechogarniające uniwersum z przyćmionych dźwięków tego gatunku. Muzycy jak zwykle kapitalnie wykorzystywali gęstość faktur i bezwzględną siłę jednocześnie. W otwierającym Atra Mors narastające przestrzenie przechodziły w przyspieszone jadowite fragmenty, podczas gdy klawisze przecinały aranżacje na poziomie tła, zagęszczając brzmienie i łącząc pozostałe elementy w całość. The Unechoing Dread utrzymano w dziwnie granicznych konturach, balansując między żałobnymi tonami a dronową dekonstrukcją. Poza dwoma instrumentalnymi interludiami, właściwie żadnego utworu nie dawało się łatwo sklasyfikować, ponieważ zespół tworzył cykliczne kontinuum idei, zamiast tworzyć oddzielne fragmenty kompozycji. An Extrinsic Divide zabierał słuchacza do tuneli daremnych trudów, w których "nadzieja jest jedynie kpiną z własnej iluzji", a po wyciszeniu nadchodził mechanicznie brzmiący pasaż w stylu Meshuggah. Wszystko to zarazem dezorientowało i ekscytowało niczym jakieś transcendentalne doświadczenie, gdyż te subtelne zmiany w obrębie tak ograniczonego stylu jak funeral doom, przy udziale Evoken dostarczały specyficznego dreszczyku emocji. Były to kalejdoskopowe warstwy ponurego mroku czy też smyczków dorzucanych do ciężaru znanego z albumów Sunn O))). Ten maraton nieustającej męki nagradzał wytrwałość w niezwykle złowrogim Into Aphotic Devastation, choć ostatnie kilka minut oparto na rozluźnieniu metrum, a odległy kojący dźwięk syntezatora powolił łączy się z zanikającym rykiem.

Od lewej: Don Zaros, David Wagner, John Paradiso, Chris Molinari, Vince Verkay
Pewne kontrowersje wzbudził [6], ozdobiony ciekawą grafiką Adama Burke. Niektórzy krytykowali ten wydany po sześciu latach krążek, określając go "nudnym". Ich zdaniem, był to ciężki upadek z wysokości, gdyż aranżacje brzmiały siłowo i zabrakło odpowiedniego ciężaru. Materiał przy pierwszym przesłuchu nie potwierdzał tych zarzutów, ale przy wgłębieniu się pojawiała się jakaś ogólna przystępność, co niestety działało na niekorzyść tej muzyki. Pewnie wyszłaby z tego lepsza EP-ka, a tak album trwał ponad godzinę i w połowie to wszystko zaczynało usypiać jak nigdy wcześniej. Historia dotyczyła śmiertelnie rannego żołnierza podczas pierwszej wojny światowej, który znużony swoim losem zawiera pakt z sadystycznym bogiem w celu związania grzesznej części swojej duszy z pamiętnikiem, w którym zapisuje swoje ostatnie chwile. Każdy kto przeczytał pamiętnik, potęgował spisane tam negatywne emocje, aż do odebrania sobie życia, karmiąc w ten sposób pasożytnicze strony i utrwalając cykl. Na początek The Fear After miał na celu wciągnąć w tą historię jednym poruszającym uderzeniem. Tempa były wolne i zdecydowane, ale to zwiększona obecność zharmonizowanych instrumentów smyczkowych nadała temu kawałkowi odpowiedni klimat. Paradiso i Molinari snuli swoje leniwe riffy na styl My Dying Bride, przeplatając je z minimalistycznymi ponurymi solówkami. Smyczki znó były obecne w Schadenfreude, ale ten pejzaż dźwiękowy odpowiednio nie wciągał, pomimo starań Paradiso - jego wokal oscylował tutaj między głuchy growlingiem a typowym funeralnym zawodzeniem. Valorous Consternation niepotrzebnie w pewnym momencie wchodził w blackmetalowe tremola, a sam utwór przypominał surowe płótno na siłę zachodzące kolorami dzięki losowym pociągnięciom pędzla. Takźe Ceremony Of Bleeding nie był w stanie sprostać wysokim oczekiwaniom fanów, na wskutek rozciągniętych motywów smyczkowych i banalnych syntezatorów, zakłócających spójności utworu. The Weald Of Perished Men szybko słabł z powodu rozdętego intro i zawodnego finału, który bezpośrednio kontrastował z monumentalnym epicentrum kompozycji. Tym razem instrumentalne interludia Hypnagogia oraz Hypnopompic wypadłe dziwnie oderwane od całości, przyjmując formę jakby niedokończonych gitarowych zagrywek. Evoken miał już na tyle wyrobioną renomę, że nie musiał schlebiać gustom nikogo, ale nagrał najsłabsze dzieło w swojej karierze.
Na baczniejszą uwagę zasługiwał również wydany po blisko siedmioletniej przerwie [7]. Evoken na tej płycie nie tylko otwierał na nowo bramy do pejzażu dźwiękowego, w którym czas, przestrzeń i świadomość zaczynały zanikać, ale także odzyskiwał dawną siłę, nie stając się samokopią własnego sukcesu. Album opisywał stopniowy psychologiczny rozkład umysłu benedyktyńskiego mnicha w XIV wieku, uwięzionego w samotnej celi, w dodatku dotkniętego chorobą i bezsennością. Pomiędzy modlitwą a delirium rozwijała się u niego mentalna dezintegracja, którą nie był tylko indywidualną tragedią, ale również egzystencjalną medytacją nad percepcją, urojeniem, prawdą i oszustwem. Zespół postawił na funeral doom jako medium metafizyczne, świadome ponownie angażując się we własną historię. Podczas gdy [2] poruszał się w niemal transcendentnych przestrzeniach, a [3] przedstawiał pustkę i grozę jako prawdy kosmiczne, [7] cofał się jakby w kameralną intymność. Klaustrofobiczny świat mnicha powodował, że każde echo jego własnego oddechu stawało się halucynogenne, zacierając granicę między percepcją a rzeczywistością. W świetle "Histoire De La Folie" Michela Foucaulta, album można odczytać jako muzyczne odbicie tego fundamentalnego aktu wykluczenia - mnich uosabiał podmiot, który stojąc na granicy własnej racjonalności, wciąż stara się interpretować rozpad swojego umysłu jako boską próbę - tym samym przypisywał transcendentalne znaczenie swojemu delirium, aby zachować iluzję własnej godności, dopóki nie zostanie ona zdemaskowana jako głos szaleństwa. Evoken artykułował ten stan z niezwykłą konsekwencją poprzez głębokie nieustępliwe linie gitary trące o dźwięczne drony, podczas gdy syntezatory sączyły się niczym zimne światło przez szczeliny w ścianie. Warczący wokal Johna Paradiso nie był byle jakim głosem, lecz pogłosem świadomości, która "już nie znał siebie". W rzadkich momentach, gdy perkusja na chwilę wysuwała się do przodu, jakby na nowo narzucając kierunek, załamanie się samego rytmu stawało się wręcz namacalne. Produkcja była przejrzysta, lecz nie sterylna i pozostawiała mnóstwo miejsca na to co nieokreślone. Granice się zacierały, a częstotliwości nakładały się na siebie. Na sam koniec krążka wrzucono słaby rezonans, niczym niemal niesłyszalny puls. Być może to właśnie było ostateczne oszustwo, że nawet szaleństwo wciąż mogło wydawać dźwiękiem przypominający o istnieniu świata.
Późniejsze losy muzyków Evoken:
| ALBUM | ŚPIEW, GITARA | BAS | KLAWISZE | GITARA | PERKUSJA |
| [1-2] | John Paradiso | Steve Moran | Dario Derna | Nick Orlando | Vince Verkay |
| [3] | John Paradiso | Denny Hahn | Nick Orlando | Vince Verkay | |
| [4] | John Paradiso | Craig Pillard | Nick Orlando | Vince Verkay | |
| [5-7] | John Paradiso | David Wagner | Don Zaros | Chris Molinari | Vince Verkay |
John Paradiso (ex-Dimension Horror), Nick Orlando / Vince Verkay (obaj ex-Funereus), Dario Derna (ex-Threnodist, ex-Infester, Abazagorath, Krohm, Drawn And Quartered),
Craig Pillard (ex-Aggressive Intent, ex-Nocturnal Crypt, ex-Desecrator, Incantation, ex-Disciples Of Mockery, Methadrone),
Chris Molinari (ex-Divine Silence), Dave Wagner (ex-No Restraints, ex-Abazagorath, ex-Funebrarum)
| Rok wydania | Tytuł |
| 1998 | [1] Embrace The Emptiness |
| 2001 | [2] Quietus |
| 2005 | [3] Antithesis Of Light |
| 2007 | [4] A Caress Of The Void |
| 2012 | [5] Atra Mors |
| 2018 | [6] Hypnagogia |
| 2025 | [7] Mendacium |

