Szwedzka grupa powstała w 1990 w Umei, która początkowo pod nazwą Necronomic grała prymitywny death metal. Sytuacja uległa zmianie, kiedy zespołowi udało się podpisać w 1994 kontrakt z wytwórnią Megarock Records. Wówczas kwintet postanowił zmienić styl na melodyjny heavy metal z elementami power. Patrząc z perspektywy czasu i rozwoju gatunku, debiut był jedynie dobry, ale na nim zaakcentował swoją obecność przede wszystkim utalentowany wokalista Anders Zackrisson, który wcześniej w Gotham City przecierał w Szwecji metalowe szlaki. Płyta nawiązywała zarówno do rodzimej tradycji lat 80-tych, NWOBHM (maidenowy Downspell z basem w stylu Harrisa), jak i do hansenowych refrenów (Skyline Flame). Znalazło się tutaj sporo powermetalowych galopad, z których za najbardziej typową należało uznać Black Death z pewną nutką neoklasyczno-symfoniczną w postaci klawiszy w tle. Na wyróżnienie zasługiwały również tytułowy In A Time Of Blood And Fire ze świetnym początkiem oraz refrenem pod Helloween oraz Rest In Peace - w zasadzie przerastający poziomem o klasę resztę materiału. Riff użyty w tej kompozycji trzeba uznać z dzisiejszej perspektywy jako pierwszy przebłysk geniuszu Mannberga, gitarzysty mało znanego, ale bardzo utalentowanego. Sam Zackrisson nie był jakimś wywołującym zachwyt śpiewakiem, ale swoje zadanie wykonał solidnie. Lay Of Ennui poza ciekawym lirycznym refrenem w dosyć ciężkiej oprawie, był jednak stylistycznie nieokreślony i lepiej prezentował się dojrzały Winds Of Death, zaśpiewany odważnie z wykrzyczanymi bojowymi chórkami. Tak naprawdę zawodził jedynie rozwlekły Dragonisle, który po intrygującym symfonicznym początku zmierzał donikąd. Całościowo płyta nieco infantylna, zabrakło jeszcze zawodowego szlifu powermetalowego, ale jak na 1995 Nocturnal Rites stali się niemal prekursorami gatunku, którzy wyszli z graniem lżejszym w dobie dominacji brutalności w Skandynawii.
Przyszłość zespołu stanęła pod znakiem zapytania w 1997, kiedy Fredrik Mannberg i Nils Eriksson założyli Guillotine - jednak po wydaniu jednej płyty rozwiązali go i wrócili do pełnej aktywności w szeregach formacji. Po przejściu pod skrzydła fonograficznego giganta Century Media, Szwedzi wydali 18 grudnia 1997 bardzo udany [2], ewidentnie wyprzedzający epokę i stanowiący wzorzec dla melodyjnego euro-powermetalu. Rzecz nie była nowatorska, gdyż opierała się o to co Yngwie Malmsteen grał już w latach 80-tych i na przebojowości Keeperów Helloween, ale Nocturnal Rites zrezygnowali z gitarowej ekwilibrystyki. Zaprezentowali za to zestaw zróżnicowanych i niezwykle chwytliwych kompozycji. Kapitalnym początkiem był już otwierający Ring Of Steel z barokowym wstepem i smakowitym melodyjnym refrenem. Płyta zawierała muzykę różnorodną, a jednocześnie bardzo dobrze spiętą jednolitą formą wykonania i brzmienia. Nad wszystkim unosił się lekki duch neoklasycznej elegancji, doprawionej lekkością wyrazu Keeperów Helloween oraz szczyptą najlepszych tradycji rockowych lat 70-tych i 80-tych. Pod względem rozplanowania utworów album wyprzedzał większość szwedzkich debiutów, ustępując jedynie pod tym względem Hammerfall. Formacja zaoferowała jednocześnie szeroki wachlarz muzycznych doznań, z ogromną swobodą przemieszczac się od niemal fantazyjnie epickich riffów do pełnego energii neoklasycznego power/speed. Nocturnal Rites zaprezentowali się jako zespół bez zdecydowanego lidera (Zacrikssona za takiego trudno było uważać), ale zarazem jako ekipa dopasowanych do siebie profesjonalnych muzyków, którzy tym razem doskonale wiedzieli co chcieli przekazać. Nadzwyczaj przebojowe zaśpiewy, liczne zmiany tempa i wachlarz harmonijnych zagrywek słychać było głównie w Test Of Time, Warrior`s Return, Pentagram i wielkim przeboju The Vision. Album po latach niedoceniany, ale mieszczący się absolutnie w czołówce gatunku i mogący służyć za miernik takiego grania. Szkoda, że kwintet nie zyskał takiej promocji, by zdobyć szerszy rozgłos na miarę Hammerfall.
[3] ponownie zadziwił, a Zackrisson bezapelacyjnie pokazał jakie drzemały możliwości w jego głosie. To był nienaganny technicznie elegancki wokal we wszystkich tonacjach i pod tym względem ta płyta była perfekcyjna. Doszedł nowy perkusista Lingvall i zagrał fantastycznie, robiąc tu więcej niż wymagało się od perkusisty w melodyjnym powermetalu. Radosna i pełna rozmachu galopada na początku w postaci Destiny Calls obrazowała w jakim tempie wzystko się miało przeważnie toczyć, choć The Iron Force to numer wolniejszy i odnoszący się do klasycznego heavy metalu. Lekkość z jaką grała ta szóstka była nieprawdopodobna - z prostych w sumie motywów głównych potrafili zrobić tak eleganckie pełne ornamentów killery jak Ride On czy pełen dumy Free At Last, w którym można było doszukać się pewnych odniesień do muzyki Gamma Ray z tego okresu. W tym wszystkim ekipa dyskretnie wzbogacała utwory elementami neoklasycznymi, co uwidaczniało się zwłaszcza w sposobie konstruowania niektórych solówek gitarowych. Wszystko zaaranżowano misternie z wplecionymi klawiszami Bernhardssona, wielogłosowymi harmoniami wokalnymi w refrenach z chórkami, a przy tym utrzymane w jednolitej konwencji grania wyważonego jak w bardziej rockowym Hold On To The Flame, nabierającym powermetalowego tempa w refrenach. Formacja potrafiła zaskoczyć równiez w graniu jednocześnie delikatnym i pełnym zdecydowania jak w Eternity Holds z wyrazistym rytmem czy bardziej epicko-rycerskim w brzmieniu When Fire Comes To Ice, gdzie w pewnym momencie pojawiał się nowoczesny motyw zwiastujący to Szwedzi będą grać w późniejszym okresie. Piękny The Legend Lives On czerpał natomiast z ballad Manowar w sposób poruszający i szczery. Pianino i Zacriksson to wspaniałe połączenie tutaj, a potem epicki dostojny i ciepły klasyczny heavy. Brzmienie po dziś dzień wzorcowe dla płyt z taką muzyką: selektywne, miękkie, przestrzenne i głębokie. Ten świetlisty powermetal wykonany perfekcyjnie postawił tamę innym grupom grającym podobną muzykę. Nikt nie mógł dorównać temu, co tu zrobił Nocturnal Rites i to w czasie, gdy atakowały świeżymi pomysłami nowe grupy, które w jakimś stopniu się ujawniły pod wpływem Hammerfall głównie. Zapewne sami muzycy uznali, że na kolejnej płycie podbnej baśniowości już nie będą w stanie powtóczyć. W ostatnim numerze Glorious Zacriksson śpiewał: "My task is complete, my journey will come to end". Tak też się stało i po tournee z Overkill, Nevermore i Angel Dust, wokalista ogłosił decyzję o swoim odejściu.
Na jego miejsce zatrudniono Nilsa Jonny`ego Lindqvista - ta zmiana zbiegła się ze zmianą stylu grania. To nowe brzmienie w połączeniu z innym rodzajem melodii, wyodrębniło zespół z dywizjonu melodyjnych powermetalowych grup. Nocturnal Rites stał się tym samym swoisty i trudny do podrobienia. Lindqvist zaprezentował inny wokal niż jego poprzednik - mniej technicznie doskonały, ale bardziej agresywny i nieprzewidywalny. Transformację przeszło również brzmienie gitar - stało się stalowe, masywne i wręcz bezduszne. Całkowicie porzucono jasne i słoneczne granie znane z poprzednich wydawnictw. Zabrakło również solówek Norberga, pełnych neoklasycznych i hard rockowych odniesień. Właściwie solówek nie było wcale i zastąpiły je nieraz zupełnie oderwane od głównych melodii skomplikowane serie dźwięków. Również Bernhardsson grał inaczej na klawiszach, wypełniając przestrzeń dźwiękami w zaskakujących miejscach z pogranicza muzyki elektronicznej. Nie był to jednak album tylko dla wąskiego grona słuchaczy - gdyby takich kompozycji jak Hellenium było więcej, zapewne tak by było. Jednak Szwedzi pozostali grupą udanych melodii, choć tym razem nie wyjętych z typowo rockowej rzeczywistości jak na poprzednim krążku, o czym świadczyły Wake Up Dead czy tytułowy Afterlife. Ten ostatni kawałek był zresztą najbardziej standardowym numerem powermetalowym i być może ten zabieg na początku miał określone znaczenie - pokazując, że zespół świadomie przechodził do nowego etapu swojej twórczości. The Devil`s Child pochodził jakby jeszcze z epoki poprzedniej, natomiast Genetic Distortion Sequence już zdecydowanie zwiastował przyszłość. Pomimo nowoczesnego podejścia, ekipa nie kryła fascynacji Black Sabbath ery Tony`ego Martina. Sabbathowe echa były słyszalne chociażby w The Sinner`s Cross. Pewna dawka heavy/power w Temple Of The Dead z kolei mogła kojarzyć się z Tad Morose. Powstała niepokojąca płyta, pełna niespodzianek i to nie zawsze przyjemnych, ale aspirujących do poszukiwań alternatywnych rozwiązań dla powermetalu.
Na [5] formacja powróciła na drogę powerowych galopad i łatwo wpadających w ucho refrenów, co jednak w połączeniu z zachowaniem ołowianego brzmienia dało mieszany efekt. Mocna stronę płyty stanowiły nie refreny, ale główne melodie wyprowadzane w otwarciach i zwrotkach. Tak było w przypadku Eyes Of The Dead i Shadowland (z pewnymi pseudosymfonicznymi ubarwieniami), w których proste - choć "wpadające w ucho" - refreny stanowiły jakby dodatki do motywów głównych. W tej uproszczonej konwencji zwłaszcza Lindqvist radził sobie znakomicie, a cały zespół pozostał w kręgu skandynawskiego powermetalu i jedyną wycieczką w kierunku niemieckim był Birth Of Chaos, ze wskazaniem na zwiedzanie obszarów teutońskich okupowanych przez Paragon. W Underworld oraz Faceless God przeważał chłodny i gęsty mrok z [4], jednak w prostszej i melodyjniejszej postaci. Ciekawie wypadły także: klasyczna powermetalowa galopada Vengeance i dostojny Invincible, niemal z echami kompozycji Malmsteena z lat 80-tych i epickim kroczącym refrenem. Kończył wszystko bogaty pod względem formalnym The Watcher, z kilkoma orientalnymi motywami na początku. Kolejne wydawnictwa zaprezentowały jednak muzykę przeciętną, z mało charyzmatycznym śpiewem Lindqvista, bez wielkiej wirtuozerii czy urozmaiceń. Na tych nowych albumach Nocturnal Rites z nie każdego motywu muzycznego potrafili przejść do ciekawej melodii, co powodowało, iż czasem naprawdę świetnie rozkręcające się kawałki zostawały tłamszone refrenowym układem w stylu: perkusyjna jazda bez trzymanki w tle, a na pierwszym planie "melodyjna melodia".
Mannberg i Lingvall wzięli na siebie ciężar stworzenia kompozycji na [6], zachowując stylistykę zapoczątkowaną na albumie poprzednim - melodyjny, trochę melancholijny powermetal. Zachowano specyficzne brzmienie i nastawienie na atrakcyjność melodii. Tytułowy New World Messiah posiadał wszystkie cechy poprzednika, ale zawarto więcej nowoczesnych pierwiastków. Średnio-szybkie tempo w jakim się płyta rozpoczynała nieco wyhamowało Against The World o lekko elegijnym klimacie z niezłymi harmoniami wokalnymi w przykuwającym uwagę refrenie. Słychać też tradycyjną dla muzyki tego zespołu dbałość o współgranie gitar. W zbudowanym na powermetalowej galopadzie Avalon mocno zaznaczał się element epicki w zwrotkach i zgrabnie łączył się z oczywistym refrenem w stylu niemieckim. Po raz kolejny Szwedzi pokazali też jak w niby standardowych kawałkach można wykorzystać nowocześnie brzmiące klawisze i wrzucić niebanalne solówki. Awakening również dobry, ale nie tak nośny na wskutek zastosowania ponurych riffów. Lindquist zaśpiewał nieźle, a wyzwania miał różne, bo musiał wyrazić smutek, złość i bojowy nastrój. Na szczęście wychodziło mu wszystko, a samo ustawienie brzmienia też poniekąd preferowało jego wokal. W procesie produkcji tylko perkusja brzmiała głucho, choć pewnie był to zabieg jej dopasowania do tych ciężkich gitar bez ostrości. Egyptica oparto na arabskim motywie granym na tle mocnej drugiej gitary i wykorzystanym swobodniej w power/progresywnej części instrumentalnej. Break Away to chłodny i wystudiowany Nocturnal Rites, a melodyjny chwytliwy refren też brzmiał w gruncie rzeczy dostojnie. Okraszony wysuniętym basem The Flame Will Never Die to powolnie odegrany smutek w celu wydobycia emocji z każdego dźwięku. Ta ekipa jednak nie pozostawała długo w melancholijnym nastroju i zamknęła krążek rozpędzonymi utworami. One Nation rozkwitał w refrenie zarazem delikatnym i drapieżnym, z kolei Nightmare zniewalał swobodnym rozmachem i bezpretensjonalnie podaną epickością z elementami symfonicznymi. Zgranie i perfekcja wykonania przy jednoczesnym bogactwie środków wyrazu. Na wydanej w lutym 2005 dwupłytowej składance Lost In Time - The Early Years znalazły się zremasterowane dwie pierwsze płyty z bonusami, a wszystko z okazji jubileuszu 10-lecia kapeli.
[7] siłą rozpędu stanowił kontynuację poprzednika, choć tym razem obok Mannberga ciężar tworzenia materiału wziął na siebie też basista Nils Eriksson. Pojawiła się też armia gości znanych ze szwedzkiej sceny metalowej: wokaliści (Ronny Hemlin, Lars-Göran Persson z The Storyteller, Jens Carlsson) oraz gitarzyści (Stefan Elmgren i Henrik Dahnage z Evergrey). Klawisze tym razem powierzono Henrikowi Kjellbergowi. Tych gości słychać w wielu miejscach, ale ich obecność pozostała tylko cennym dodatkiem, bo muzyka Nocturnal Rites się nie zmieniła i ten niepowtarzalny klimat melodii pozostał doskonale rozpoznawalny. Elegancja w epickim ujęciu to początek w postaci Fools Never Die, jednocześnie było to granie szwedzkie w każdym calu i chłodne mimo przyjaznego refrenu. Nowocześniej zagrany Never Trust przynosił więcej klawiszy i tą czarującą od lat umiejętność łączenia melodii z klimatem przy utrzymaniu gęstej dusznej atmosfery. Zespół rozkwitał w refrenach w Still Alive - utworze stosunkowo prostym, ale należało pochwalić Kjellberga, który grał z dużym zrozumieniem stylu grupy i czasem zaskakiwał nowoczesnymi zagrywkami na miarę Bernhardssona z czasów [4]. Średnie tempa i ołowiane gitary to Something Undefined z odrobiną progresywnych zagrywek. Our Wasted Days niestety odstawał od reszty materiału przez wzgląd na zbyt duży kontrast pomiędzy posępnym powermetalowym motywem głównym, a zbyt ugładzonym refrenem. Cuts Like A Knife to największa liczba gości i epicka dawka "starożytnego" stylu - przy okazji odskocznia od eksponowania prostych melodii na rzecz progresywnego rozbudowania kompozycji bardziej eksperymentalnej. End Of Our Rope oraz One By One to znów spokojne i lekko zadumane granie z kolejnymi fantastycznymi refrenami. Na koniec Deliverance - ponownie w tle klawiszami i aktorskim popisem wokalnym Lindqvista. Zresztą album nie brzmiałby tak znakomicie z innym wokalistą - Jonny Lindqvist zachwycał zarówno technicznie, jak i w generowaniu dostojnej melancholijnej otoczki. W tamtych czasach w zasadzie nie było drugiego takiego zespołu grającego powermetal, który zaprezentowałby tak długą serię albumów na tak niesamowicie wysokim poziomie. Nie było także drugiej takiej grupy tak rozpoznawalnego, a jednocześnie takiego, którego muzyki nikt w udany sposób nie zdołał naśladować - mało kto chyba próbował.
Do tej pory w składzie z Lindqvistem grupa poruszała się po obszarach melodyjnego power, ale nie nastawionego na prostą przebojowość - specyficznego i odrębnego. Na [8] jednak formacja przedstawiła muzykę lekką, łatwą i przyjemną, przeznaczoną dla zacznie szerszego kręgu odbiorców, w dodatku uproszczoną, schematyczną i momentami ocierającą się o metalowy kicz. Call Out To The World to te same ołowiane gitary, ciężkie bębny i gęsty bas - a jednak numer był zbyt żwawy, na granicy dyskotekowo rockowego grania i z refrenem o hard rockowych chórkach. Elektroniczny wstęp do Never Again był niemal plastikowy, choć ten romantyczny utwór próbowano ratować nowoczesnymi gitarami i udanymi solówkami. W Not The Only ponownie lekkie rockowe granie o cechach wysmakowanej przebojowości, bez krztyny powermetalu. Miękki Tell Me z kolei wchodził niespodziewanie na pole gotycko-rockowego grania, choć Szwedom nie można było odmówić pasji wykonania. Radiową nachalność zminimalizowano w Not Like You, ale tylko w melodii zwrotek, bo refren z mocnymi gitarami posuwisty i wzbogacenie fantazyjną solówką dodawało kompozycji smaku. Niemal płaczliwy romantyzm w pół-balladowym Till I Come Alive nie chwytał za serce. W końcu pojawiał się Strong Enough, w ciężarze nasuwający skojarzenia z nagraniami z lat poprzednich, ale i tu wrzucono chwytliwy "łatwy" refren o modernowym podejściu. Me to przegięcie, bo słodzenia przy pianinie od tego zespołu nie należało oczekiwać. Za to neoklasyczne elementy w Pain And Pleasure to ogromne zaskoczenie na plus i sięgnięcie do dawnych lat. Umieszczenie tego podniosłego i patetycznego numeru to z pewnością zabieg celowy, jakby muizycy puszczali oko do słuchacza: gramy teraz radiowo, ale pamiętamy o własnej przeszłości. Pod względem wykonania ekipa stoczyła się w przeciętność. Gitarzyści nie dali z siebie wszystkiego, ale też prostszy repertuar ich do tego nie zmusił. Płyta dla szerszego kręgu odbiorców, ale sama muzyka uboższa, przez co mniej wartościowa. Po kilku miesiącach zrozumieli to też członkowie grupy i zawiesili działalność na niemal dekadę.
W 2017 Nocturnal Rites powrócili z nowym gitarzystą Perem Nillsonem. W zasadzie wszyscy, którzy skreślili zespół przez zmianę grania na [8], mogli sobie darować także nowy krążek. [9] to dopieszczona pod względem produkcja kopia poprzednika. Było kilka różnic co prawda: bardziej soczyste gitary, odrobina umiarkowanie podanego modern grania i fragmenty wyrafinowanego melodyjnego grania pod Scar Symmetry. Do tego samplery Kjellberga wbudowane w zagrywki gitar, momentami pod groove. Wszystko bujało bezpiecznie, ale nic nie elektryzowało. Zabrakło zabójczych refrenów - rzetelnie, ale bez większych emocji przelatywały The Poisonous Seed, Nothing Can Break Me i Flames. Jedyne zaskoczenie nadchodziło na koniec i Welcome To The End był doskonały, a Lindqvist zaśpiewał to świetnie z rockowym feelingiem. Kjellberg wyprodukował album posiłując się talentem Thomasa Johanssona z Mean Streak, odpowiedzialnego tutaj za mastering. Płyta udowadniała, że Nocturnal Rites nie zamierzał wracać do arcydzieł z lat dawniejszych i próbował znaleźc sobie niszę w ówspółcześnionym podejściu do powermetalu.
Anders Zackrisson śpiewał potem na EP-ce Alone Planet Storm w 2007. Fredrik Mannberg grał też w Persuader, a Ulf Andersson bębnił w Bewitched. Nils Norberg dołączył do southern-stonerowego Hellbound (Through Hell And Muddy Waters w 2012). Nils Jonny Lindqvist śpiewał w
Johan Kihlberg's Impera (Spirit Of Alchemy w 2021).
ALBUM | ŚPIEW | GITARA | GITARA | KLAWISZE | BAS | PERKUSJA |
[1] | Anders Zackrisson | Fredrik Mannberg | Mikael Söderström | Mattias Bernhardsson | Nils Eriksson | Ulf Andersson |
[2] | Anders Zackrisson | Fredrik Mannberg | Nils Norberg | Mattias Bernhardsson | Nils Eriksson | Ulf Andersson |
[3] | Anders Zackrisson | Fredrik Mannberg | Nils Norberg | Mattias Bernhardsson | Nils Eriksson | Owe Lingvall |
[4-5] | Nils Jonny Lindqvist | Fredrik Mannberg | Nils Norberg | Mattias Bernhardsson | Nils Eriksson | Owe Lingvall |
[6-8] | Nils Jonny Lindqvist | Fredrik Mannberg | Nils Norberg | Henrik Kjellberg | Nils Eriksson | Owe Lingvall |
[9] | Nils Jonny Lindqvist | Fredrik Mannberg | Per Nilsson | Henrik Kjellberg | Nils Eriksson | Owe Lingvall |
Anders Zackrisson (ex-Gotham City), Fredrik Mannberg (ex-Ligament, ex-Engraved), Ulf Andersson (Ancient Wisdom)
Nils Jonny Lindqvist (ex-Arrows, ex-Mogg), Per Nilsson (ex-Hagen, Scar Symmetry, ex-Zierler)
Rok wydania | Tytuł |
1995 | [1] In A Time Of Blood And Fire |
1998 | [2] Tales Of Mystery And Imagination |
1999 | [3] The Sacred Talisman |
2000 | [4] Afterlife |
2002 | [5] Shadowland |
2004 | [6] New World Messiah |
2005 | [7] Grand Illusion |
2007 | [8] The 8th Sin |
2017 | [9] Phoenix |