Niemiecki zespół powermetalowy powstały w 1992 w Fulda, upatrywany początkowo jako godny następca Helloween. Założyli go wokalista Tobias Sammet (ur. 21 listopada 1977) oraz gitarzyści Jens Ludwig (ur. 30 sierpnia 1977) i Dirk Sauer (ur. 1 września 1977). Karierę rozpoczęto rozprowadzeniem dwóch demówek w 1994: "Evil Minded" i "Children Of Steel". Debiutancki album z 1995 był niestety zbieraniną dość zwyczajnie brzmiących rycerskich zaśpiewów. Produkcja stała na tak fatalnym poziomie, że nawet dziś niektórzy błędnie traktują to wydawnictwo jako demówkę (mimo 54 minut czasu trwania). Najprawdopodobniej grupa przepadłaby, gdyby nie udało się muzykom podpisać kontraktu z wytwórnią AFM Records. Wydany 8 lutego 1997 [2] zawierał sporo odniesień do helloweenowego powermetalu i zarazem podejmował próbę przedstawienia własnej wizji melodyjnego metalu w niemieckiej odmianie. Te kontrasty ścierały się już w Paradise, gdzie jeszcze bez ładu i składu upchano różne motywy rycerskie. Zabrakło iskry, przec co to granie wydawało się nieustannie mechaniczne. Także styl wokalny Sammeta był inny niż w latach późniejszych - charakterystycznych wysokich zaśpiewów nie stosował za wiele, choć nie unikał ich jak w refrenie typowo helloweenowego Wings Of A Dream. Na delikatną melodię nastawiony był Heart Of Twilight, wypadający przeciętnie jako pół-ballada w tradycyjnym niemieckim stylu z ostrzejszym rozwinięciem. Najlepszymi numerami były nietypowy dla Edguy mroczny Deadmaker oraz Angel Rebellion z długim akustycznym wstępem i rozwijającym się w kierunku galopującego dostojnie utworu epickiego, inspirowanego klasycznym amerykańskim heavy. Najlepsze nie oznaczało jednak w tym przypadku znakomite - jedynie solidnie odegrane bez odpowiedniego polotu i wyrazistości. Zespół nie nabrał jeszcze pewności siebie i słychać było tremę, aby wszystko zabrzmiało jak należy. Osiągnięto to częściowo, ale kosztem swobody i autentyzmu. Kiepsko prezentowała się mdła ballada przy pianinie When A Hero Cry. Z kolei Steel Church stanowił udaną próbę grania lżejszego heavy/power w speedowej manierze, jeśli rozpatrywać kawałek w kategoriach niemieckiego grania z kręgu Reactor z lat 90-tych. Na koniec formacja uderzała ponad 18-minutowym The Kingdom - konglomeratem tego, co można było tu usłyszeć wcześniej. Sens nagrywania takiego kolosa w sytuacji, gdy poszczególne elementy układanki nie zawsze do siebie pasowały, wydawał się wątpliwy. Z kilku fragmentów można było wyciąć kilka ciekawych osobnych kompozycji. A tak powstał nieodparty efekt rozmycia, którego nie rozpraszał nawet gościnny udział w chórkach Chrisa Boltendahla z Grave Digger. Ogónie za mało było autentycznej pasji i zaangażowania gitarzystów, a śpiew Sammeta stał na granicy nie wyrobionej kontrowersji. Gdyby zespół w tym momencie nie zmienił zdecydowanie podejścia do swojego stylu, dziś o Edguy pamiętaliby tylko zagorzali badacze niemieckiej sceny metalowej.
[3] wydano 15 stycznia 1998 i w ciągu niespełna roku formacja zmieniła się nie do poznania. Nagrywanie płyty rozpoczęto bez perkusisty (ostatecznie został nim chwilowo Frank Lindenthal) i etatowego basisty (na tym instrumencie ponownie zagrał Sammet). W studio pojawili się również Hansi Kürsch z Blind Guardian i Timo Tolkki ze Stratovarius, którzy mimo ról epizodycznych, ostatecznie wnieśli dużo do całości. Co najważniejsze Edguy wreszcie zdecydowali co naprawdę chcą grać i ustabilizowali swój styl do melodyjnego heavy/power z symfonicznym tłem. Kapitalny hit Until we Rise Again łączył fantastyczną gitarową robotę, galopujący rytm i przekonujący melodyjny wokal. Niemcy nie zapatrzyli się jedynie w jeździe do przodu, o czym świadczyły trochę cięższy How Many Miles i nadzwyczaj udana przejmująca ballada Scarlet Rose. Prawdziwą perełką był jednak Out Of Control ze wspaniałą atmosferą, doskonałą aranżacją, przenikającym śpiewem Kürscha w refrenie i smakowitym popisem Tolkkiego. Na wysokim poziomie stały także Walk On Fighting i Fairytale, od których nieco lepszy był jedynie tytułowy Vain Glory Opera, z syntezatorowym wstępem w stylu Europe. Końcówka płyty nieco słabsza - do refleksji nie skłaniała ani rozmydlona ballada Tommorow, ani pędzący No More Foolin`. Dobrze wrażenie wracało dopiero przy doskonałej przeróbce Ultravox Hymn. Ogólnie zespół okrzepł, krystalizując własną stylistykę, na którą złożyły się wpływy Helloween, heavymetalowa klasyka oraz pomysły własne. Poza paroma kawałkami pozostał jednak wciąż problem mało porywających gitarowych solówek. Było to dla Edguy album przełomowy, od którego zaczął się marsz ku europejskiej sławie. Krytycy zaczęli stawiać kapelę w jednym rzędzie obok szwedzkiego Hammerfall i włoskiego Rhapsody jako pionierów odświeżania konwencji euro-powermetalowej.
Najwybitniejszym osiągnięciem Niemców był [4], wydany 1 lutego 1999. Na nowy repertuar złożyły się kawałki w dotychczasowym stylu, jednak zagrane donioślej niż zwykle, z fascynującymi wstawkami symfoniczno-chóralnymi. Płyta zawierała cały wachlarz znakomitych kompozycji jak galopujący hansenowo Babylon z łagodnym refrenem i strawnie podanym epickim fantasy czy Wake Up The King z mocno podkreślonym elementem rycerskim (w środku zaskakiwała wstawka na klawesynie, stylizowana na minstrelowską). Podobać się musiały efektowny Arrows Fly z bojowymi chórkami i zakamuflowanymi zmianami tempa oraz The Unbeliever, łączący w intrygujący sposób Helloween ze stylistyką bliższą Hammerfall. W tym drugim kawałku szczególnie umiejętnie wykonano część wolniejszą. Znakomity refren i potężne bębny czyniły jednak numer jeden z The Headless Game - kwintesencji niemieckiego powermetalu, wykonanego z ogromną lekkością i kilkoma motywami połączonymi w jedną całość w niezmiernie zgrabny sposób. Jeszcze jeden utwór wart był osobnej uwagi - ponad 12-minutowy wielowątkowy Theater Of Salvation. Wstęp organowy, oratoryjny śpiew, wzniosła melodia i symfoniczne tło stworzyły arcydzieło, któremu takiego statusu mogli odmówić jedynie nieliczni. Opowieść poprowadzono bardzo płynnie, a refren był po prostu wspaniały. Wszystkiego dopełniły motywy w tle i w ostatecznym rozrachunku było to mocne przypięczetowanie wydawnictwa. Jedyną wadą był fakt, że landrynkowe Land Of The Miracle oraz Another Time odstawały poziomem od reszty ujawniały tą stronę Edguy, która w przyszłości miała wziąć górę. Poza tymi nieszczęsnymi balladami, Edguy spisali się świetnie spisali w kwestii wykonania, a na szczególne brawa zasłużył sobie perkusista Felix Bohnke. Pewny śpiew Sammeta sprawiał dobre wrażenie, także w licznych wysokich rejestrach. Płycie nadano głębokie klarowne brzmienie, dość ciepłe i odmienne od tego, jakie prezentowały inne grupy niemieckiej czołówki, co dodatkowo nadawało Edguy rozpoznawalności.
Kiedy grupa niemal z dnia na dzień wdarła się do czołówki metalowego grania, Sammet postanowił przypomnieć także najstarsze utwory, jakie zaprezentował na debiucie. Wydany 25 czerwca 2000 [5] był ponownie nagranym materiałem z 1995 i w ten sposób powstał materiał brzmieniowo podobny do dwóch poprzednich krążków, a lider dodał więcej wysokich zaśpiewów od siebie. Na dotychczasowej bazie wzbogacono linię melodyczną i wlano nowego ducha Edguy. Tak było w otwierającym Hallowed, prezentującym doskonały przebojowy refren, dość mocne riffy i lekko mroczny klimat. Echa wczesnego Helloween przewijały w zagęszczonych riffach Misguding Your Life - numerze bardzo szybkim i obudowanym basem. Rycerski klimat kontynuowano w zagranym w średnim tempie Key To My Fate, ale centralnym punktem płyty był ponad 10-minutowy Eyes Of The Tyrant z pianinem i symfoniczną aranżacją drugiego planu. Był to bezsprzecznie numer epicki, sadowiący się gdzieś pomiędzy klasycznym heavy, a ubarwionym chórkami powermetalem. Znakomicie udała się nowoczesna wersja speedowego Sacred Hell, ozdobą krążka był też ostry Frozen Candle z kapitalnym refrenem oraz wybornym zwolnieniem akustycznym. Dwóm kompozycjom nadano spokojny i rozmarzony charakter: Roses To No One stanowił udane połączenie ballady i hymnu, gorzej to wypadło w nieco rozwlekłym Sands Of Time. Bardzo dobrym zakończeniem był powermetalowy Power And Majesty, w którym skandynawski styl mieszał się z niemieckim, a w sposobie śpiewania Sammeta można było się doszukać wpływów Bruce`a Dickinsona. Zespół zagrał wszystko niezwykle starannie, a brzmienie było wzorowe pod każdym względem. W tym przypadku warto było "odgrzać stare kotlety". [6] utrzymał wysoki poziom (Tears Of The Mandrake, The Devil And The Savant, 10-minutowy Pharaoh), choć w niektórych kawałkach dało się odczuć niepokojącą tendencję do grania lżejszego.


Od lewej: Dirk Sauer, Felix Bohnke, Tobias Sammet, Jens Ludwig, Tobias Exxel

W tym momencie Edguy powinni zakończyć karierę - jednak Sammet postanowił prowadzić dalszą działalność dwutorowo, zakładając (początkowo znakomity) projekt Avantasia (bębnił tam również w okresie późniejszym Bohnke). Zgodnie z oczekiwaniami najlepsze pomysły trafiły na The Metal Opera, podczas gdy [8] sprawiał wrażenie zbioru odrzutów. Płyta zawiodła oczekiwania fanów, a nowe kompozycje niewiele miały wspólnego z powermetalem, orbitując raczej w konwencji hard rockowej. Chóralne melodie próbowały nadrobić braki aranżacyjne, jednak wyraźnie słychać było brak przyłożenia - tak jakby muzycy byli pewni, że cokolwiek nagrają i tak dobrze się sprzeda dzięki intensywnej akcji promocyjnej. Interesujące były jedynie: singlowy King Of Fools, klasyczny We Don`t Need A Hero i ponad 10-minutowy The Piper Never Dies. Czary goryczy przelał drętwy [10], nie mający już z metalem prawie nic wspólnego. Co prawda takie kawałki jak Sacrifice czy Superheroes sprawiały wrażenie, że nie wszystkie elementy dawnego stylu zostały zatarte, jednak było to tylko złudzenie. Album nie miał kopa, a od potworków typu Matrix czy Trinidad zbierało się na wymioty. Muzykom znudziło się to co robili wcześniej i przestawili się całkowicie na jałowe radiowe granie dla niewybrednych słuchaczek. Ta bowiem płeć wśród słuchaczy od tamtego momentu przeważała, zapatrzona raczej w ładną buzię Tobiasa, niż skupiając się na warstwie muzycznej. Wielkiego sukcesu też materiał grupie nie przysporzył - co gorsza, wielu fanów odwróciło się od niej. Powrotu do przeszłości nie było także na [11], wypełnionym głównie przez prosto zagrany hard rock, a miejscami wręcz rock. Metalowy pierwiastek występował jedynie w Speedhoven, pewne naleciałości z dawnych lat przewijały się sporadycznie w Wake Up Dreaming Black, niezbyt udanym Pride Of Creation i refrenie Dragonfly. Po raz kolejny Edguy zaprezentował się jako zespół zmarnowanej kariery.
Nie inaczej było z [13], a po prawdzie - znacznie gorzej. Przy pierwszym odsłuchu wydawało się, że twórczo Sammet cofnął się do czasów [6]. Aż tak pozytywnie jednak nie było, a oba albumy łączyła tylko konwencja okładek. Na singiel wybrano ponad 8-minutowy Robin Hood, co stanowiło dość sprytną zagrywkę. W tej kompozycji tliło się coś ciekawego - ze wstępem niczym na lordowskich Hammondach, a potem z zamaszystymi chórkami i zgrabnie zbudowaną fabułą. Ostateczny efekt jednak skupiał się na ponad godzinie tuzinkowego melodyjnego heavy/power z na dłuższą metę irytującym śpiewem Sammeta i kontrowersyjną produkcją. Ryczące gitary Ludwiga i Sauera ocierały się o kiczowate refreny z niską zawartością chwytliwości. Obiecująco zaczynał się Rock Of Cashel, ale wspaniała tradycja Thin Lizzy została przekształcona w mdłe smęcenie w klimatach późnej Avantasii (pomimo wykorzystania irlandzkich ozdobników). Różnorodnie miało być w Pandora`s Box, ale próba podrobienia Drugiej Fali NWOBHM a skończyła się na nieudolnym pastiszu. Warte wytknięcia były także nieciekawe solówki gitarowe, ale do tego muzycy Edguy przyzwyczaili swoich fanów od niemal dekady. Breathe witał asłuchalnymi klawiszami rodem z disco polo (zagrał na nich Eddy Wrapiprou), które przeradzały się w rockowo-popmetalową papkę. Ten sam klawiszowy koszmar rozpoczynał Two Out Of Seven i również tym razem Sammet nie miał litości w pogodnej pseudometalowej pieśni. Mrok spowijał Faces In The Darkness - nieco ambitniejszą próbę, która szybko przeistaczała się w kopiowanie późnego Dio, z modernistycznym refrenem, zupełnie niestrawnym dla dawnych fanów. W szybkim The Arcane Guild znów zastosowano nieco elementów Deep Purple w klawiszach, a bezbarwny zmęczony głos lidera ochoczo paradował obok refrenu pełnego sztucznie ożywionych głosów w chórkach. Fatalnie prezentował się Fire On The Downline, bez pomysłu na melodię, a pomieszane motywy tworzyły koszmarną mozaikę. W tym numerze pełna łagodność nadchodziła wraz z romantycznym plumkaniem z usypiającym symfonicznym tłem i tandetnym rockowym refrenem. Rozbudowany Behind The Gates To Midnight World starał się wrócić do melodyjnego powermetalu, lecz udziwnione efekty, ponure gitary i zawodzący w mydlano-operowym stylu Sammet skutecznie uniemożliwyły osiągnięcie pozytywnego rezultatu. Tobias po raz kolejny udowodnił niemoc twórczą, a reszta grupy dołączyła do jego poziomu. Instrumenty tylko "pogrywały", a bębnom Bohnkego nadano głuche kartonowe brzmienie. Był to typowy metal XXI wieku dla młodzieży, który zapewne znalazł nabywców przekonanych sugestią marketingową, że to dobra muzyka. Tak jednak nie było, gdyż krążek stanowił kolejną z rzędu porażkę Niemców. Przez wzgląd na logo ten album przez pewien czas budził zainteresowanie, ale szybko o nim zapomniano. Sammet zbytnio skupił się na życiu pod błękitnym niebem planety Avantasia, podczas gdy pierworodny dogorywający twór seryjnie wypuścił produkt o nikłej muzycznej wartości, plasujący Edguy daleko na zapleczu ówczesnej sceny metalowej.
A jednak [14] wielu zaskoczył pozytywnie. Pomijając fakt, że krążek był nadzwyczaj nierówny i nagrany z rozbrajającą naiwnością, Niemców słuchało się z przyjemnością na którą czekało się blisko 13 lat. Do najlepszych numerów należały te najszybsze: Defenders Of The Crown i The Realms Of Baba Yaga, więcej mieszanych uczuć wzbudzał blisko 9-minutowy The Eternal Wayfarer, gdzie pomysłu na bojowe melodie starczało tylko w refrenie, który i tak ciągnął ile wlezie z dwóch pierwszych Avantasii. Na album trafiły naturalnie także typowo edguy`owe wypełniacze w rodzaju Space Police, Do Me Like A Caveman, Alone In Myself czy zupełna porażka w postaci coveru Falco Rock Me Amadeus. Jako bonus wrzucono żartobliwy England - przeciętny muzycznie, ale zabawny tekstowo.
Dyskografię uzupełniały: wydana jesienią 2004 podwójna składanka Hall Of Flames, która zawierała m.in. trzy kawałki dotychczas dostępne tylko w Japonii, wydane w 2009 DVD "Fucking With Fire" (zapis koncertu z Sao Paulo z 3 listopada 2006) oraz wydana w lipcu 2017 kompilacja [15] (dwa CD plus DVD), na którą trafiło m.in. pięć premierowych kompozycji (Ravenblack, Wrestle The Devil, Open Sesame, Landmarks, The Mountaineer), jak również koncert z Sao Paulo z 2 października 2004. Tobias Sammet zaśpiewał gościnnie jako The Guardian na albumie grupy Final Chapter The Wizard Queen w 2004. Tobias Exxel grał w Taraxacum i The Unity, a Jens Ludwig w The Grandmaster (Skywards w 2021), grającym niczym The Ferryman.

ALBUM ŚPIEW BAS GITARA GITARA PERKUSJA
[1-2] Tobias Sammet Jens Ludwig Dirk Sauer Dominik Storch
[3] Tobias Sammet Jens Ludwig Dirk Sauer Frank Lindenhall
[4-15] Tobias Sammet Tobias Exxel Jens Ludwig Dirk Sauer Felix Bohnke

Tobias Exxel (ex-Squealer)

Rok wydania Tytuł TOP
1995 [1] Savage Poetry
1997 [2] Kingdom Of Madness
1998 [3] Vain Glory Opera
1999 [4] Theater Of Salvation #11
2000 [5] The Savage Poetry
2001 [6] Mandrake
2003 [7] Burning Down The Opera (live)
2004 [8] Hellfire Club
2005 [9] Superheroes EP
2006 [10] Rocket Ride
2008 [11] Tinnitus Sanctus
2009 [12] Fucking With Fire (live / 2 CD)
2011 [13] Age Of The Joker
2014 [14] Space Police - Defenders Of The Crown
2017 [15] Monuments (kompilacja / 2 CD)

          

          

    

Powrót do spisu treści