
Chilijska grupa powstała w 2006 w Valparaiso. Zadebiutowała w maju 2008 taśmą "Burn", rozprowadzoną w ilości 200 sztuk. Debiutancką EP-kę otwierał idealnie wyważony w tempie Raven Of Disease - wystarczająco jednak ciężki, aby rozbijać mury i z zawodzącą solówką gitarową przywodzącą na myśl najlepsze numery Candlemass. Bliższy wczesnemu Solitude Aeturnus był z kolei Like A Plague Upon The Earth, ale nie robił wrażenia skopiowanego. W przypadku formacji doomowych brzmienie często w przeszłości było zbyt ubogie lub niedopracowane. Na szczęście EP-ka otrzymała rasową krystaliczną produkcję z fenomenalnie ustawioną gitarą. Bynajmniej nie nudził ponad 11-minutowy The Funeral Of An Age z powtarzanym nieustannie prostym riffem głównym, występującym jednak w kilku wciągających wariantach. Pozostałe trzy kawałki pochodziły z demówki i tutaj klimat nieco siadał. Orbitowały one wokół tego co prezentowały swego czasu zespoły amerykańskie z Hellhound (najbardziej Saint Vitus). Gdyby wszystko zagrano z taką miażdżącą siłą jak pierwsze trzy numery byłby to debiut rewelacyjny.
Także [2] mógł zadowolić w pełni wielbicieli gatunku. Wspaniale wypadł niemal 10-minutowy Chants Of The Nameless, pełen średniowiecznej melancholii, ciężkiego mroku i monumentalizmu. Niewiele odstawał Tomb Of Doom, w którym ponownie odzywał się dorobek Candlemass z lat 80-tych przy większej dawce tradycyjnego doomu niż w innych kompozycjach. O nastrój zadbano w intrygującym wstępie do White Coffin z odgłosami burzy, gdzie przy wzniosłej melodii grobowy zaduch obecny był cały czas. Piękne chóry w końcowej części podsumowywały średniowieczny klimat tego albumu. Wokal Plazy lekko schowano za granitową gitarową ścianą, na skutek czego dobiegał jakby z innego miejsca - a jednak ten fantastyczny czysty głos potrafił jednocześnie w podniosłym tonie oddać atmosferę żałobnego hymnu bez zawodzenia, schodząc też na niższe tonacje, gdzie potrafił pozostać dowolnie długo. Dominowała surowa i potężna gitara, chwilami nawet zbyt ostra. Obok Niemców z Atlantean Kodex był to najbardziej zaskakujący doomowy album roku 2010. Tutaj nie było miejsca na bezmyślne kopiowanie, gdyż Chilijczycy nadali kompozycjom swój indywidualny charakter. Utwory ostatecznie złożyły się na spójną i równą kompozycyjnie całość. Pewien mały mankament stanowiły tylko zbyt długie przerwy między kawałkami.
W przebudowanym składzie (dwóch szwedzkich muzyków) przystąpiono do realizacji [3]. Krążek miał dobre power/doomowe melodyjne otwarcie w postaci instrumentalnego Damnatio Memorae, ale kolejny Conjurer już nieco rozczarowywał brakiem klimatu i schematycznym potraktowaniem klasycznego epickiego heavy/doomu, nie będać wyrazisty w żadnym z tych gatunków. W Death & Judgement pojawiał się skoncentrowany na stylu Candlemass doom, zaskakujący niemalże fragmentem a capella z mocno wysuniętym posępnym wokalem i skromnie zaakcentowanym basem w tle. Potem zespół bombardował dostojnie ciężkimi riffami, a motyw przewodni przypominał ekipy Messiaha Marcolina - w tej stęchłej ciemności brak było perspektywy na jakiekolwiek światło. Przyspieszenia w części drugiej dodawały tylko dodatkowego smaku i to zrobiono wybornie. Następnie z ciszy wyłaniał się stopniowo fantastyczny To Reap Heavens Apart, nawiązujący do patetycznych opowieści z dwóch pierwszych płyt - przez te ponad dziewięć minut ekipa nie odpuszczała, zadziwiając uporczywą motoryką. The Death Minstrel był autentycznie funeralny i rozpoczynał się bardzo długo, ale warto było czekać na narrację Kulzbacha. Z tego utworu wylewały się ogromny smutek i bezsilność. Na koniec 11-minutowy Far From Light zbudowany na długich wybrzmiewaniach i niesamowitym wbudowaniu drugiej gitary idącej za pierwszą w stylu melodyjnego doom/deathu. Utwór intrygował i nie czuło się braku wokalu w tej długiej instrumentalnej części pierwszej. Potem wokal eksponowano, wręcz te gitary na moment cichły, by wznowić potem swoją pełną rozpaczy i cierpienia opowieść. W kwestii wykonania bezapelacyjnie zrobiono płytę perfekcyjnie. Felipe Plaza Kutzbach śpiewał czysto mocnym głosem i kiedy milkły instrumenty, wypełniał bez problemu całą przestrzeń jaką mu pozostawiano. Dwie gitary wyczyniały cuda w powolnym uzupełnianiu się i zamianie ról, a perkusję dopasowano idealnie, bez zbędnych burzliwych przejść. Choć początek krążka był niezbyt obiecujący to potem wszystko wracało na najwyższy poziom.
[4] zrealizował ten sam skład, ale jakaś ewolucja była słyszalna. Procession grali tutaj doom metal i heavy metal, ale nie epickiego heavy/doomu. When Doomsday Has Come to znakomity w szybszych i bardziej melodyjnych partiach heavy metal, ale za to All Descending Suns wypadł przeciętnie w porównaniu jak ta grupa budowała podobnie epickie kompozycje przed laty. Generalnie jedne partie były doomowe, inne heavy metalowe i to nie za bardzo się ze sobą łączyło. Większość utwórów nawet byo dobrych, lecz nie wywoływały one głębszych emocji ani refleksji. Za przykład posłużyć mógł doomowy Amidst The Bowels Of Earth, gdzieś tam w dynamice riffowej udający melancholijny heavy metal. Nic ponad akceptowalny technicznie melodyjny doom nie było w trzech kawałkach: Lonely Are The Ways Of The Stranger, As They Reached The Womb oraz One By One They Died. Płyta jak na standardy gatunkowe nie była długa i chyba poprzez niezbyt wiele wnoszące instrumentalne The Warning i Democide dodatkowo wydłużona na siłę. Jest to nadal granie na dobrym poziomie wykonania, jednak magia gdzieś wyparowała i ten album jawił się jako zrealizowanie wymagań kontraktowych albo jak mix wcześniejszych odrzutów - tak jakby Procession chciał koniecznie przypomnieć o swoim istnieniu, a nie z prawdziwej potrzeby wyrażenia wezbranych artystycznych emocji. W efekcie słuchacze otrzymali doom bez prawdziwej duszy, jedynie zbiór wolno zagranych riffów w pewnej manierze wykonawczej, przy której odnosiło się wrażenie sprawnego rzemiosła, ale nie artyzmu. Na uwagę zasługiwały za to dramatyczne solówki gitarowe w praktycznie wszystkich numerach oraz bębnienie Uno Bruniussona. Felipe zaśpiewał nieźle, ale w przypadku wokalu wypływał na powierzchnię pewien problem produkcyjny. Ten śpiew był za głośny po prostu i zbyt natarczywie wysunięty do przodu, co chwilami przeszkadzało w odbiorze instrumentalnego składnika. Zespół ostatecznie tym krążkiem zawiesił się pomiędzy gatunkami.
Felipe Plaza, Claudio Botarro Neira i Francisco Aguirre grali razem również w Capilla Ardiente. Plaza ponadto udzielał się w trash/blackowych Nifelheim
(dwie EP-ki Satanatas w 2014 i The Burning Warpath To Hell w 2019) oraz Deströyer 666 (Wildfire w 2016 i EP-ka Call Of The Wild w 2018).
| ALBUM | ŚPIEW, GITARA | GITARA | BAS | PERKUSJA |
| [1] | Felipe Plaza Kutzbach | Daniel Perez | Francisco Vera | |
| [2] | Felipe Plaza Kutzbach | Claudio Botarro Neira | Francisco Aguirre | |
| [3-4] | Felipe Plaza Kutzbach | Jonas Pedersen | Claudio Botarro Neira | Uno Bruniusson |
Francisco Vera (ex-Steelrage, Battlerage)
| Rok wydania | Tytuł | TOP |
| 2009 | [1] The Cult Of Disease EP | |
| 2010 | [2] Destroyers Of The Faith | |
| 2013 | [3] To Reap Heavens Apart | #29 |
| 2017 | [4] Doom Decimation |
