Norweski zespół powstały w 1992 w Trondheim. Grupa od początku wymykała się prostemu szufladkowaniu wykorzystując wachlarz nietypowych instrumentów, sąsiadujących z akustycznymi gitarami i melodyjnym ulotnym wokalem Kari Rueslatten (ur. 3 października 1973), która od 14 roku życia uczęszczała do szkoły muzycznej, ucząc się śpiewu klasycznego. Dwa pierwsze albumy zaliczały się do klimatycznych kręgów doomowo-gotyckich i ta muzyka nie była przeznaczona dla każdego. Niektórym kompozycje mogły wydawać się zbyt senne i długie, ale ten świadomy zabieg muzyków miał na celu stworzenie odpowiedniej podstawy do snucia melodii pełnych tęsknoty i rozmarzenia. Nad wszystkim unosiły się niemal transowa atmosfera i duch tajemnicy. Brzmienie gitar plasowało formację w kręgu sceny metalowej, ale był to jedyny element tak łatwo przypisany jednej stylistyce. Na kolejnych płytach The 3rd And The Mortal odcięli się od tych koligacji. Emocjonalne gitarowe solówki jednoznacznie kojarzyły się ze stylem gry Grega Mackintosha z Paradise Lost, ciężar i melodyjność riffów kierowały słuchacza w stronę My Dying Bride, a pojawiająca się co jakiś czas lekko progresywna struktura kompozycji to ukłon w kierunku Anathemy. A jednak wkładu własnego było tu więcej niż zapożyczeń. Przede wszystkim nie było growlingu - dominował słowiczy i odrobinę monotonny śpiew Rueslatten. Biorąc pod uwagę, że ten album ukazał się w 1994 (rok przed słynnym Mandylion The Gathering), Norwegów można uznać za pionierów kobiecego śpiewu w klimatycznej muzyce metalowej. Później znalazło to naśladownictwo w twórczości takich zespołów jak Theatre of Tragedy czy Tristania, które w początkowym etapie swej historii wzorowały się właśnie na debiucie The 3rd And The Mortal. Ponadto od samego początku fromacja mniej stawiała na agresję, a bardziej na klimat. To skupienie się głównie na nastroju i lenistwie dźwiękowym miało swoją wadę, gdyż krążek (zwłaszcza przy pierwszych odsłuchach) wyadał dość monotonnie, a nawet nudno. Inną cechą charakterystyczną były ciągoty w kierunku alternatywnym i psychodelicznym, w efekcie czego nie zabrakło momentów nietypowo brzmiących, różnorakich pogłosów czy odjechanych rozwiązań melodyjnych. To granie - jeszcze w tradycji metalowej - wzbogacono sporą dawką romantyzmu.
Metamorfoza w dużym stopniu związana była ze zmianą wokalistki. Kari (razem z Satyrem i Fenrizem) utworzyła viking-folkowy Storm. O ile płynny liryczny głos Rueslatten doskonale współgrał z niemal wyciskającymi łzy melodiami i transową atmosferą, to w wokalu Ann-Mari Edvardsen więcej było zimna i obłędu. Grupa stopniowo odeszła od dawnych brzmień, śmielej penetrując eksperymentalne rejony - elektronikę, ambient, jazz i awangardę. Na [3] widmo smutku utkano jakby ze snu i ten ból na nowym wydawnictwie przyjął realistyczną i bardzo ludzką formę. Zespół w jednej chwili czarował czułością i pasją, aby za moment brutalnie odepchnąć histerią i powierzchowną obojętnością. Edvardsen umiejętnie wcieliła się za mikrofonem w rolę uwodzicielskiej psychopatki, spajając swoim głosem nastroje pozornie do siebie nie pasujące. Grupa gruntownie zmieniła styl, wciąż pozostając nadzwyczaj oryginalną. Na [4] obok utworów doomowych pojawiło się sporo instrumentalnych łączników - w większości dość spokojnych i wyciszonych. Kompozycje w pełni instrumentalne miejscami posiadały eksperymentalny charakter, z dużą rolą klawiszy i akustycznym brzdąkaniem. Album tworzył pewien koncepcyjny ciąg, trochę przypominający Wildhoney Tiamat, którego duch zresztą wyraźnie unosił się tutaj, także ze względu na naleciałości rocka progresywnego (przede wszystkim Pink Floyd). Przy tym wszystkim zespół nagrał płytę nowoczesną, czerpiącą pełnymi garściami z klasycznego oblicza metalu klimatycznego lat 90-ych i rozwijającego po swojemu ten gatunek za sprawą dużej ilości fragmentów psychodelicznych i odjechanych muzycznie. Edvardsen potrafiła konkretnie krzyknąć a także zawodzić na mantrową folkową nutę powodując pewne trudności w przyswojeniu poszczególnych fragmentów muzyki. To był wokal podobny do PJ Harvey i innych alternatywnych wokalistek. Alternatywny charakter dźwiękom dodały też występy zaproszonych do nagrań gości a tych jest sporo - skorzystano z trąbki, melotronu, organów Hammonda czy egzotycznego didjeridoo. Norwegowie w niezłych proporcjach połączyli eksperymentalne zacięcie i ambitne pomysly z tradycyjnym metalowym łojeniem, opartym na doomowym i klimatycznym korzeniu. Stworzyli z tego piękną muzyczną podróż, która mimo swojej alternatywnej otoczki i eksperymentów raczej uspokajała niż wprawiała w niepokój.
Skład z 1994. Z lewej Kari Rueslatten
Również na awangardowym [5] Norwegowie postarali się, aby nie było łatwo przedrzeć się przez labirynt różnorodnych nastrojów. Zespół wymieszał w smakowitych proporcjach wpływy kapel z wytwórni 4AD, jak również ambientu (Monody, Myriad Of Peep-holes), swingu, elektroniki (A Touch Of..., Hollow), specyficznej psychozy (Sophisticated Vampires), gotyku (Stream), jazzu (So Pure), a nawet szczypty metalu (końcówka Did You). Po wnikliwym przesłuchaniu okazywało się, iż niesmaczne dźwięki z wierzchu skrywały głębię niekonwencjonalnych przeżyć. Generalnie biegun zainteresowań został przesunięty w stronę jazzu. Ponad elektroniczno-ambientowe tło wybijały się przede wszystkim perkusja i bas. Gitary albo łagodnymi dźwiękami dopełniają całości albo też wiły się w zakręconych solówkach. Prawdziwą bohaterką krążka była jednakże Ann-Mari, prezentując całą gamę swych umiejętności - od pięknego delikatnego śpiewu (Harvest, Sleep) po bardzo mocny krzyk. Muzycznie postawiono na ciepłe brzmienie i różnorodność grania. W Did You? do głosu dochodziła odrobina psychodelii, gdzie tak naprawdę jedyny raz na płycie pojawiały się mocniejsze gitary, w zapętlonym temacie pod koniec utworu. Faworytem wydawał się Sort Of Invisible posiadający znakomity zwiewny temat na gitarę, z włączającymi się akustykiem, spokojnie grającą perkusją i klawiszowym tłem. Całość wciągała i hipnotyzowała, tworząc materiał do wielokrotnego słuchania. Niespiesznie płynąca muzyka pochłaniała słuchacza, a atmosfera stworzona przez muzyków urzekała i fascynowała.
[6] egzystował gdzieś "na pograniczu", nie przynależąc do żadnej konkretnej stylistyki. Norwegowie po raz kolejny i ostatni nawiązali do szeroko pojętej elektroniki, trip-hopu i psychodelicznego rocka spod znaku Björk czy Portishead. Obok tradycyjnych gitar i wokali pojawiała się cała masa komputerowo generowanych dźwięków, sampli i perkusyjnych loopów, łącząc nowoczesność i gęstą rytmikę ze zwiewnymi melodiami, pompatycznymi orkiestracjami i oniryczno-psychodeliczną atmosferą. Wyjątkowość tego krążka polegała na tym, że ekipa poczyniła znaczny krok w bok ku innej stylistyce, nie tracąc przy tym nic ze specyficznej atmosfery. Materiał czarował hipnotyzującym i balansującym na granicy snu klimatem, jednocześnie nie przesyciła go zbyt duża ilość eksperymentów. Sprawą budzącą najwięcej obaw było odejście z zespołu Ann-Mari Edvardsen, ale kapela wyszła obronną ręką i z tej sytuacji. Na krążku wystąpiło pięcioro wokalistów, dzięki czemu jawił się on jako zróżnicowany i ciekawy. Największym minusem wydawnictwa była zbyt duża liczba nawiązań, a nawet zapożyczeń z twórczości innych. Choćby Good Evening Mr.Q stanowił niemal kopię dokonań belgijskiego Hooverphonic, co powodowało dość nieprzyjemne uczucie deja vu. Takich momentów było zresztą więcej i z założenia nowoczesny i odkrywczy [6], w rzeczywistości mocno czerpał z dokonań innych wykonawców. Krzykliwe hasła reklamowe o przełamywaniu barier czy odkrywaniu nowych muzycznych terytoriów wiodły naprawdę na manowce. The 3rd And The Mortal po prostu nagrali miłe i ciekawe wydawnictwo, w sprawdzony sposób penetrujące rejony popowej strony elektroniki.
Mając tylko dwa nowe utwory Drone i Chain z Kirsti Huke za mikrofonem, zespół nie mógł wydac nowej płyty. Ekipa postanowiła więc przypomnieć się światu składankowym [8]. Na kompilacji znalazły się też rzeczy starsze, wcześniej niepublikowane oraz kilka utworów koncertowych z trasy promującej [6]. Biała okładka z jakimiś bazgrołami prezentowała się marnie w porównaniu z klimatycznymi grafikami, które zdobiły pierwsze wydawnictwa Norwegów.
Nowe kawałki kontynuowały elektroniczną i trip hopową stylistykę, choć pewne różnice dało się wychwycić. Przede wszystkim zabrakło bogactwa brzmieniowego i aranżacyjnego jakie towarzyszyło ostatniemu albumowi, stawiając tym razem na ascetyzm i prostotę. Delikatne gitarowe plumkanie oraz chłodne klawiszowe akordy wysunięto na pierwszy plan, dorzucając głębokie brzmienie basu oraz podrasowany elektronicznie powolny perkusyjny rytm. Do tego dochodziły dialogi wokalne Andreasa w stylu Davida Bowiego i melodyjnego sopranu Kirsti w refrenach. Ponad 12-minutowa koncertowa improwizacja Stalker to instrumentalny kawałek pochodzący jeszcze z 1998 r i stanowił swoisty wstęp do elektronicznego oblicza grupy z XXI wieku. O ile jednak w pierwszych latach istnienia członkowie The 3rd And The Mortal mieli spory talent do pisania ciekawych tasiemcowych kawałków, o tyle w wersji czysto elektronicznej, stonowanej i do tego jeszcze instrumentalnej wypadło to monotonnie. Zimne zdehumanizowane pejzaże zaprezentowane w tej kompozycji i pomysłowa solówka na flecie mogły czarować, ale reszta zlewała się ze sobą. Kolejne cztery utwory obejmowały utwory z 2002 w wersjach mocno zbliżonych do brzmienia [6] i prezentowały się jako znaczne odstępstwa od oryginałów. Z nich największe wrażenie robił Autopoema, w której zachowano nerwowy charakter pierwowzoru oraz główną wokalno-gitarową linię melodyczną, dodając jednak elektroniczny podkład. Do Sort Of Invisible dołożono z kolei cięższe alternatywne brzmienie gitary. Kawałki z [6] brzmiały podobnie, choć The City został okrojony z męskiego śpiewu, a do Simple Man dodano długą agresywną końcówkę w stylistyce noise. Znów pojawiły się w tych przypadkach dłużyzny - o ile w wersji na żywo rozciąganie poszczególnych utworów w kierunku monotonnych improwizacji mogło robić wrażenie na słuchaczu, to już słuchanie tego z płyty niekoniecznie robiło pozytywne wrażenie. Niestety tego typu dłużyzny pojawiały się zarówno w improwizowanej części Autopoemy, w drugiej połowie Simple Man i w mniejszym stopniu w zakończeniu Sort Of Invisible. Te fragmenty dość mocno zniechęcały do częstego odsłuchu tej składanki, która w przeciwieństwie [7] sprawiała wrażenie zwykłej zapchajdziury, stworzonej tylko po to by wypełnić zobowiązania wydawnicze. Rychło po wypuszczeniu płyty, zespół został oficjalnie rozwiązany.
Ann-Mari Edvardsen wraz z siostrą Moniką zaśpiewały na jedynej płycie Tactile Gemma. Geir Nilsen dołączył do progresywno-powermetalowego Oceans Of Time (Faces w 2012). Rune Hoemsnes grał w Manes i trip-hopowo/gotyckim The Soundbyte (Rivers Of Broken Glass w 2004, City Of Glass w 2007, Trilogy w 2012 i
Solitary IV w 2017). W tym drugim grał również gitarzysta Trond Engum.
ALBUM | ŚPIEW | GITARA, KLAWISZE | GITARA | GITARA | BAS | PERKUSJA |
[1-2] | Kari Rueslatten | Finn-Olav Holthe | Trond Engum | Geir Nilsen | Bernt Rundberget | Rune Hoemsnes |
[3-5] | Ann-Mari Edvardsen | Finn-Olav Holthe | Trond Engum | Geir Nilsen | Bernt Rundberget | Rune Hoemsnes |
[6] | różni | Finn-Olav Holthe | Trond Engum | Geir Nilsen | Bernt Rundberget | Rune Hoemsnes |
Rok wydania | Tytuł |
1994 | [1] Sorrow EP |
1994 | [2] Tears Laid In Earth |
1995 | [3] Nightswan EP |
1996 | [4] Painting On Glass |
1997 | [5] In This Room |
2002 | [6] Memoirs |
2004 | [7] EP's And Rarities (kompilacja) |
2005 | [8] Project Bluebook (kompilacja) |