Szkocka grupa powstała w 1964 w Dunfermline jako The Shadettes. Na początku kariery zwykle udawało się kwartetowi zagrać jakiś koncert w jednym klubie, potem przeskakiwali do następnego, by skończyć o czwartej nad ranem. Powściągliwość Dana McCafferty`ego (właśc. William Daniel McCafferty, ur. 14 października 1946), Pete`a Agnew (ur. 14 września 1946) i Darrella Sweeta (ur. 16 maja 1947) przed postawieniem wszystkiego na jedną kartę nietrudno wytłumaczyć - przyszłość rock`n`rollowego muzyka w Szkocji połowy lat 60-tych rysowała się bardzo niepewnie. O ile z popytem na zespoły koncertujące, które wykonywały piosenki z list przebojów było całkiem nieźle, o tyle już nagrywanie płyt stanowiło problem. Sytuację najlepiej ilustrowało zdarzenie z 1965, kiedy podobna do The Shadettes grupa Mark Five - dając wyraz swej determinacji i desperacji - wyruszyła pieszo do Londynu w poszukiwaniu kontraktu nagraniowego. Z Mark Five (oraz Red Hawkes) wywodził się zresztą czwarty członek klasycznego składu Nazareth - gitarzysta Manny Charlton (właśc. Manuel Charlton, ur. 25 lipca 1941), który dołączył do formacji w 1969. Warto zaznaczyć, że inspiracją dla nazwy Nazareth przyjętej w 1968 stały się słowa z utworu The Weight The Band ("Just pulled into Nazareth"). Wraz z dołączeniem Charltona w odstawkę poszły piosenki z list przebojów, a grupa przerzuciła się na wykonywanie repertuaru własnego autorstwa. Utwory stopniowo stawały się coraz ostrzejsze, w końcu stricte heavy-rockowe. Było to całkiem naturalne, skoro skład dysponował wokalistą o wspaniałych warunkach głosowych. Te zmiany sprawiły, iż w muzyków - nieco już wówczas znużonych - wstąpiły nowe siły. Na scenie jednego z renomowanych klubów "Burns Howff" usłyszał ich impresario Bill Fehilly i spytał czy chłopaki chcieliby zająć się graniem zawodowo i nagrać album.
Poważne wejście na rockową scenę wiązać się musiało z przeprowadzką do Londynu, gdzie nagrywali wszyscy liczący się wykonawcy. Ale ta wyprawa nie przyniosła muzykom Nazareth oczekiwanej satysfakcji. Pomimo zaangażowania biegłych realizatorów dźwięku oraz producentów studyjnych, debiut nie oddawał nawet w części tej energii, którą zespół emanował na koncertach. Album zaczynał się obiecująco żarliwym Witchdoctor Woman z hipnotycznym mocnym rytmem, ostrą solówką i specyficzną chrypką McCafferty`ego. Szkoda, że Szkoci nie poszli dalej w tym kierunku, choć w muzyce działo się dosyć sporo. Dear John mógł porwać rytmem boogie i partią pianina w wykonaniu Pete Wingfielda, ale przepadł kompletnie jako singiel. Rockowo prezentował się Empty Arms, Empty Heart z zaznaczoną rolą sekcji rytmicznej i skromnymi nawiązaniami do Black Sabbath. Balladę I Had A Dream zaśpiewał Pete Agnew na tle organowego podkładu i gitary akustycznej - raczej w sposób bezpłciowy. Rasowe brzmienie powracało w dwuczęściowym Red Light Lady, a w dodatku utwór stanowił znakomity przykład jak wczesny Nazareth umiejętnie łączył różne style - w tym przypadku do zagranego w konwencji Free numeru dołączono patetyczną wstawkę orkiestrową w aranżacji Colina Fretchera. Ciekawostką był Fat Man z przepuszczonym przez zniekształczacz głosu śpiewem Dana. Średnio wypadły natomiast kolejne dwie ballady ocierające się o pop: Country Girl i The King Is Dead z oprawą smyczkową (nieco pod Night In White Satin The Moody Blues). Najlepszą kompozycją bez wątpienia był Morning Dew, autorstwa spółki Dobson-Rose. Kapitalnie spisali się tutaj Agnew i Sweet, a kwartet wspomógł po raz kolejny pianista Pete Wingfield. Kawałek zyskał spory rozgłos szczególnie w Niemczech. Krążek nie zyskał jednak większej popularności.
W porównaniu z poprzednikiem wydana w czerwcu 1972 druga płyta miała wygładzone brzmienie - za to proponowała więcej muzycznych poszukiwań. Członkowie zespołu "ćwiczyli się" w różnych stylach poszukując własnej tożsamości. Peter Agnew po latach nawet żartował, że winyl kupiła tylko jego matka. Muzyka generalnie straciła swoje rockowe zacięcie - w trzech utworach wykorzystano wstawki orkiestry, poza tym skorzystano z syntezatora oraz harmonijki ustnej. Nie było jednak aż tak beznadziejnie, bo kilka nagrań stało na dobrym poziomie. Spośród nich warto było wyróżnić: Woke Up This Morning z blues-rockowym klimatem, rockową balladę Madeline i finalny folkowy 1692 (Glencoe Massacre) z dudami, smyczkami i partiami gitarowymi w tle. Kompozycja nawiązywała do masakry szkockiego klanu MacDonald przez angielskich żołnierzy (pochodzących głównie z klanu Campbell) z trzymającym rytm werblem, odrobiną folkloru i strukturą bolero. Reszta materiału jednak mocno kulała. Gdyby nie pełen pasji śpiew i ostrzejsze wstawki gitary, to "ubrany" w aranżację smyczków I Will Not Be Led byłby zwykłą popową piosenką pretendującą do list przebojów. Dalej wrzucono country-bluesowy Cat`s Eye, Apple Pie, niby-dylanowski folk In My Time czy coś rodem z Dzikiego Zachodu w Fool About You. W końcu dorzucono ładną sentymentalną piosenkę Love Now You`re Gone oraz Sad Song ze skrzypcami na wzór polskich Skaldów. W tym wszystkim raził przede wszystkim brak spójności. Podobnie jak na pierwszym albumie, autorem partii smyczkowych na [2] był Colin Fretcher, na dudach zagrał Juddly Landner, a na syntezatorze David Hentschel.
Komercyjna i artystyczna porażka płyty była tym czego potrzebowali muzycy Nazareth, aby skierować karierę zespołu w odpowiednim kierunku. Przełom nastąpił dzięki wspólnie odbytej trasie z Deep Purple, podczas której Nazareth rozgrzewał publiczność przed występem gwiazdy. Roger Glover dostrzegł potencjał artystyczny grupy i zaproponował Szkotom usługi producenckie przy nagrywaniu kolejnych albumów. [3] zrealizowano w starym hangarze pod Glasgow i wydano w maju 1973. Dziś trudno ocenić, czy końcowy rezultat był wynikiem wyczucia stylu jaki posiadał Glover czy też świadomość obrania heavy-rockowego kursu tchnęła w muzyków nowego ducha. Album wreszcie wyraźnie wskazał drogę, którą zespół miał podążać. Tytułowy Razamanaz z charakterystycznie modulowanym wokalem brzmiał niczym purpurowa kompozycja z niemal blackmore`ową gitarową solówką. Było to jednakże jednorazowe skojarzenie, a album był w większości aspektów interesujący, dynamiczny i zwarty. Porażający gitarową ekspresją Alcatraz to świetna heavy-rockowa przeróbka Leona Russsela, a kolejnym znakomitym coverem był bluesujący Viglante Man legendy muzyki folk Woody Guthriego. Oryginalny utwór stanowił inspirację m.in. dla Boba Dylana na początku jego twórczości. Dla Nazareth wzorem w tym przypadku był Ry Cooder, którego muzycy byli wielkimi fanami i chcieli, aby ich wersja brzmiała tak jak właśnie jego. Na uwagę zasługiwała także nowa wersja Woke Up This Morning (znana z [2]) - tutaj jednak w wyraźnie dopracowanym i lepszym wariancie. Solidnie wypadł Night Woman z różnorodną pracą perkusji połączoną z riffami oraz solówkami gitary, a w przejmującej balladzie Sold My Soul (znakomicie przerobionej po wielu latach przez szwedzki Memento Mori), muzycy zaskakiwali nagłymi zmianami rytmu i dynamiki. Utwór umacniał też w przeświadczeniu o niepospolitym głosie i wielkich możliwościach wokalnych McCafferty`ego. Płytę kończyły Broken Down Angel - pierwszy duży (choć zbyt lekki) przebój grupy oraz Bad Bad Boy - zbyt prosty w strukturze refrenu. Reedycja CD z 2010 zawierała sześć bonusów: Hard Living i Spinning Top pochodziły ze stron B singli, a pozostałe cztery zrealizowano podczas sesji Radia BBC 26 marca 1973.
Rok 1973 był dla Nazareth niezwykle pracowity. Po intensywnym tournee przystapiono do nagrywania kolejnej płyty. [4] ukazał się 9 listopada 1973 na Wyspach Brytyjskich, a w lutym 1974 w USA. Producentem został znów Roger Glover, który bacznie pilnował przestrzegania heavy-rockowych pryncypiów. Wszystko rozpoczynał zadziorny Go Down Fighting, świetnie zaprezentował się również Not Faking It z chwytliwym refrenem. W Turn On Your Receiver błysnęła magia Creedence Clearwater Revival - numer miał być wydany na singlu, do czego jednak nie doszło. Skandowany Teenage Nervous Breakdown to przeróbka Little Feat, a we Free Wheeler znów przemycono charakterystyczny rytm w środkowej części z Deep Purple, podsycaną długą blues-rockową gitarową solówką w formie improwizacji. Nazareth chętnie sięgał po obce utwory, ale coverował je tak, że nie były podobne do pierwotnych wersji. W końcu tą receptę przekuto na sukces w This Flight Tonight, będący opracowaniem kompozycji Joni Mitchell. Był to znakomity heavy-rockowy kawałek o zeppelinowym posmaku, który zyskał uznanie nie tylko u brytyjskiej publiczności (11 miejsce singla), ale także samej Mitchell (na jednym ze swoich koncertów w Londynie zapowiedziała go jako utwór Nazareth). Pełen energii galopujący rytm i ognisty śpiew McCafferty`ego (trochę pod Roberta Planta) robił duże wrażenie. Ballada Child In The Sun zahaczała nieznacznie o gospel, ale to małe potknięcie przechodziło niemal niezauważenie na tak doskonałym albumie. The Ballad Of Hollis Brown z repertuaru Boba Dylana (oryginał z 1964) przemieniono w trwający dziewięć minut genialny psychodeliczno-przyciężkawy numer z dudniącym fuzzującym basem, jednostajnym rytmem perkusji i przepełnionym histerią głosem Dana. Na reedycję z 2010 wrzucono cztery bonusy zarejestrowane podczas sesji w studio BBC 13 sierpnia 1973.
Od lewej: Pete Agnew, Dan McCafferty, Darrell Sweet, Manny Charlton
Minęło pięć miesięcy i 26 kwietnia 1974 ukazał się [5], nagrany w szwajcarskim Montreux - tym samym mieście, gdzie Deep Purple nagrali Smoke On The Water. Zresztą Glover podjął się roli producenta po raz trzeci, a partie wokalne i ostateczny mix wykonano w Londynie. Całość zabrzmiała świeżo i mogła się podobać. Partie gitary Charltona zrealizowano z lekko przesterowanym dźwiękiem dodającym rockowego smaku, a w nagrywaniu Glad When You`re Gone i rock`n`rollowy Shanghai'd In Shanghai (oba chyba najsłabsze na płycie) w studio pojawił się Jon Lord, który zagrał na fortepianie. Otwierający udany Silver Dollar Forger podzielono na dwie różniące się tempem części
Loved And Lost to smakowita ballada z klimatycznymi solówkami gitar i stonowanym wokalem przypominającym Paula Rodgersa, natomiast Jet Lag bujał w bluesowym rytmie, z objęć którego wyrywały cięte riffy i frazy Manny`ego o psychodelicznym posmaku. (finał kompozycji był już wybitnie bluesowy). Znakomicie prezentował się Light My Way, sunący w wolnym tempie z ostrym gitarowym podkładem, kapitalnym śpiewem McCafferty`ego i progresywnymi zapędami gitarowymi w solówkach. Sunshine trzymał wysoki poziom, przybierając formę nastrojowej rockowej ballady z ujmującą melodią i wysmakowanymi partiami gitary - począwszy od brzmienia akustycznego do blues-rockowej solówki na zakończenie. Na sam koniec cover The Yardbirds Shapes Of Things - w nowej wersji było coś z szaleństwa, krzyku i szybkości . Do tego dochodziła druga część utworu - autorski instrumentalny Space Safari z elementami space rocka. Zremasterowana wersja z 2010 zawierała aż osiem bonusów - siedem numerów z londyńskiej sesji BBC 24 listopada 1977 oraz słaby Down ze strony B singla. Na stronie A wylądował Love Hurts - przeróbka Felice and Boudleaux Bryant, spopularyzowana też przez Roya Orbisona i The Everly Brothers. Ten utwór zapewnił Nazareth trwałe miejsce w historii rocka i trafił później na większość składanek typu "greatest hits of rock". Stephen Erlewine w przewodniku płytowym "AM Musie Guide To Rock" nie bez racji określił Love Hurts jako wzorzec heavy-rockowej ballady, która zdominowała listy przebojów w drugiej połowie lat 80-tych. Co równie ważne, singiel uczynił Nazareth grupą znaną w USA, gdzie wspiął się w listopadzie 1975 na 8 pozycję listy przebojów. W ten sposób popularność zespołu przekroczyła granice Wielkiej Brytanii - i paradoksalnie miała już tam pozostać.
W Zjednoczonym Królestwie ani Love Hurts, ani promowany przezeń znakomity [6] w ogóle nie trafiły do brytyjskich zestawień. Tymczasem po drugiej stronie Atlantyku [6] sprzedał się w ilości ponad miliona egzemplarzy. W studio muzycy nie chcieli słyszeć o żadnych kompromisach - aż do tego stopnia, że chociaż pozornie ulegli naciskom wytwórni, by nie nazywać płyty "Son Of The Bitch", tak naprawdę właśnie to zrobili. "Hair Of The Dog" to idiom oznaczający postalkoholowy klin (kolejny dowód na to, iż Nazareth lubili śpiewać o przyziemnych sprawach), ale przy zamianie jednej litery wszystko nabierało zgoła innego charakteru: "heir of the dog" znaczyło niemal dokładnie to samo co "son of the bitch". W tej muzyce nie było niczego naprawdę odkrywczego, ale połączenie rozmaitych elementów stylistycznych dało rewelacyjny efekt. Tytułowy Hair Of The Dog to typowy Nazareth - rytmiczny riff i krzykliwo-chrypiący głos McCafferty`ego tworzył muzyczny banał, ale pełen uroku. Genialną prostotą i zakręconym solem gitarowym Manny`ego Charltona cechował się Miss Misery. Subtelną balladą z gitarowo-fortepianowym akompaniamentem i gospelowymi zaśpiewami w tle była przeróbka Randy`ego Newmana Guilty. Echem fascynacji Led Zeppelin był porywający Changin` Times - McCafferty śpiewał niczym Robert Plant w Black Dog, także Charlton imitował nieco gry Jimmy`ego Page`a. W następnym numerze zastosowano ulubiony patent: do cudzej kompozycji dopisano mocno kontrastową autorską część drugą. Beggar`s Day Nilsa Lofgrena brzmiał jakby Nazareth coverował AC/DC, a finał w postaci Rose In Heather był dziwnie brzmiącym w tym zestawieniu sentymentalnym graniem. Po bluesowym standardzie Whiskey Drinkin` Woman następowało kulminacyjne zwieńczenie w postaci niemal 10-minutowego Please Don`t Judas Me z marszowym klimatem i dużym rozmachem - w pewnym sensie była to pełna dramatyzmu ballada. Fundamentem całości był surowy dźwięk, który najlepiej oddawał niespokojnego ducha Szkotów. Sami zrobili lepszą robotę producencką niż wcześniej Roger Glover. W końcu gitary zabrzmiały jak trzeba i okazało się, że uwolniona w ten sposób moc riffów Charltona była ogromna. Szkoda, że w oryginalny zestaw nie wszedł wspomniany Love Hurts, który dodano później do zremasterowanej wersji CD jako bonus.
Rok 1975 to Nazareth na samym szczycie. [6] wydawał się po prostu lepszy jakościowo w porównaniu do BandolierForce It UFO, Come Taste The Band Deep Purple czy nawet Sabotage Black Sabbath (o
Physical Graffiti Led Zeppelin nie wspominając). Fani byli zadowoleni, a w tym samym jeszcze roku mogli zakupić solowy debiut McCafferty`ego. Nazareth nie martwił się zatem specjalnie załamaniem popularności na rynku brytyjskim. Tym bardziej że dawało się ją wytłumaczyć prawidłowościami ogólniejszej natury - w 1976 zaczęła się rozrastać punkowa zaraza i media prawie całkowicie odwróciły się od muzyki, która dominowała w pierwszej połowie dekady. W innych częściach rockowego świata ten przełom nie był równie dramatyczny i Nazareth utrzymał tam swoją pozycję. W kontynentalnej Europie i Ameryce Południowej również nie było źle i po części podtrzymano to zainteresowanie [7], który na rynku ukazał się w marcu 1976. Nagrań dokonano w kanadyjskim Montrealu, a rolę producenta przejął gitarzysta Manny Charlton. Zespół od razu przechodził do heavy-rocka w czteroczęściowej minisuicie Telegram z wplecionym krótkim fragmentem So You Want To Be A Rock`n`Roll Star The Byrds. Numer rozpoczynał gitarowy riff wymieniający się z klawiszowym akordem (zagrał go Pete Agnew). Darrell Sweet serwował kilkukrotne zamaszyste uderzenia w talerze perkusyjne, co nie zdarzało się często na rockowych albumach. Epilog kompozycji (Here We Are Again) to zwolnienie tempa z dodanymi odgłosami publiczności koncertowej w tle. Zaraz potem delikatne granie na strunach w postaci dwuminutowego Vicki, który płynnie przechodził w balladę Home Sick Again z akustycznymi elementami i spokojnym (prawie czystym) śpiewem Dana. Typowym rock`n`rollem okazał się Vancouver Shakedown i zachwytu ten kawałek swoją monotonią raczej nie wzbudzał. Born Under The Wrong Sign wyróżniał się uwypuklonym basem i drapieżnym śpiewem McCaffery`ego. Dwa następne utwory znacznie słabsze" irytujący Loretta z banalnym motywem oraz Carry Out Feelings o dość mało skomplikowanej aranżacji z prostym i mało przebojowym tematem. Kończące dwa kawałki zasługiwały na szczególną uwagę. Lift The Lid płynął swobodnie na tle "rozgadanej" bluesowej gitary, przeplatanej wyśmienitymi partiami śpiewu. Wreszcie na koniec świetny ciężki blues-rockowy You`re The Violin - cover amerykańskiego piosenkarza Jeffa Barry`ego - szkoda tylko końcowej solówki Charltona, zbyt szybko wyciszonej. W obu nagraniach popisywała się sekcja rytmiczna, grająca po prostu wzorcowo. Ostatecznie powstał album niedoceniany i pomijany w opiniach przez większość krytyków muzycznych. Po części niesłusznie, gdyż kwartet zaprezentował tutaj całą gamę swojego charakterystycznego brzmieniowego wizerunku. Do wersji zremasterowanej z 2010 dodano siedem bonusów, w tym My White Bicycle ze strony A singla z 1975 (na B trafił Miss Misery).
Osiem miesięcy później do sklepów trafił [8], wydany w listopadzie 1976 (tego samego roku co poprzednik). W tym przypadku jednak zbytnio się pospieszono, gdyż było to najsłabsze dokonanie zespołu od czasów [2]. To była po prostu zwykła rockowa płyta, z dość ponurymi tekstami. Ich źródła należało szukać w tragedii z 28 lipca 1976, kiedy gdzieś na granicy angielsko-szkockiej w katastrofie lotniczej zginął manager zespołu Bill Fehilly. Dorobił się on majątku prowadząc salony gry w bingo, kierował wytwórnią Mountain i zajmował się także karierą Alex Harvey Band i Gingera Bakera. Po części to dzięki niemu Nazareth zdobył sporą popularność za Atlantykiem. Dramaturgii temu zdarzeniu dodawał fakt, że wyczarterowanym samolotem początkowo miała także lecieć Maryann McCafferty (żona Dana) z dwójką dzieci, ale na szczęście tak się nie stało. Tym niemniej artyści stracili przyjaciela, który prowadził ich sprawy niemalże od czasów [3] i nigdy nie zawiódł. Jego śmierć spowodowała zamieszanie w sprawach finansowych i organizacyjnych, a a kolejny manager okazał się malwersantem i dopiero po kilku latach sytuacja w tej materii uległa stabilizacji. W każdym razie krążek nagrywano ponownie w "Le Studio" w Montrealu, także pod okiem inżyniera dźwięku Nicka Blagona. Wiele numerów powstało podczas wspólnych improwizacji, materiał stworzono w dwa tygodnie, a półtora miesiąca zabrały mix i realizacja. Produkcją zajął się ponownie Manny Charlton. Jak wspomniano, płyta rozczarowywała - spośród dziewięciu utworów, w pełni dopracowanych wydawało się zaledwie cztery. Były to: heavy-rockowy Somebody To Roll, udana ballada Flying z dość osobliwym "kosmicznym" akompaniamentem, żywiołowy Born To Love i najlepsza na płycie kolejna ballada I Don`t Want To Go On Without You - przeróbka duetu Bert Berns/Jerry Wexler. Resztę stanowiły wypełniacze przyjmujące zwykle formę rock`n`rollowej mizerii jak przeróbki muzyki murzyńskiej (Down Home Girl Alvina Robinsona i I Want To Do Everything For You Joe Texa), nieudany cover Beach Boys Wild Life czy funkowo brzmiący Waiting For The Man. Wszystko sprawiało wrażenie jakby najlepsze owoce kanadyjskiej sesji trafiły na [7]. Tutaj zabrakło precyzyjnie skonstruowanych kawałków i zadziornych riffów, nawet McCafferty wydawał się wokalnie nieco przygaszony. Nazareth potrzebował czegoś nowego i odważniejszego, gdyż zamknięcie się w okopach rocka mogło znacząco podważyć pozycję grupy.
Od lewej: Pete Agnew, Darrell Sweet, Dan McCafferty, Manny Charlton
[9] ukazał się w listopadzie 1977, ozdobiony robiącą wrażenie okładką fantasy autorstwa Franka Frazetty. Krążek zaczynał się obiecująco, gdyż tytułowy Expect No Mercy był szybki i pełen werwy, kolejny raz zdradzając zamiłowanie do wybuchowego rocka o motorycznym riffie, wykrzyczanego przez McCafferty`ego refrenie i iskrzącej solówce Charltona. Kolejne numery nie były tak żywiołowe, ale przecież Gone Dead Train to znakomita przeróbka oryginału autorstwa duetu Jack Nitzsche-Russ Titelman, a wykonana przez Randy`ego Newmana w 1970. Melodyjna ballada Shot Me Down z pulsacyjnym basem Agnewa mogła spodobać się fanom Rumours Fleetwood Mac. Na dynamiczne tory grupa sprowadzała fanów w Revenge Is Sweet oraz Gimmie What`s Mine - ten drugi zapewne mógł się spodobać miłośnikom wydanego rok później Stained Class Judas Priest. Te reminiscencje z ekipą Halforda kontynuował kolejny numer heavy/bluesowy Kentucky Fried Blues, w którym śpiew Dana w zwrotkach przypominał nieco Halforda. Jak zwykle znalazło się miejsce na drugi cover i tym razem wybór padł na blues-rockowy Busted Harlana Howarda. Manny Charlton poipsał się na gitarze akustycznej w żwawym Place In Your Heart i pięknej balladzie All The King`s Horses. Wersję CD z 2010 wzbogacono aż o dziesięć bonusów, w tym prawdziwie heavy-rockowy Greens ze szczyptą szkockiego folkloru i amerykańskiego Południa.
W 1978 Nazareth niespodziewanie rozrósł się do rozmiarów kwintetu. W składzie pojawił się drugi gitarzysta Zal Cleminson (właśc. Alistair Macdonald Cleminson, ur. 4 maja 1949). Z nim w składzie nagrano [10], który światło dzienne ujrzał w styczniu 1979. Okładka zapewne dawała pole do popisu muzykom niektórych późniejszych kapel NWOBHM (jak Praying Mantis). Zauważalnych było także kilka innych przełomowych faktów. Po pierwsze: po raz pierwszy Nazareth wydał nowy album po ponad rocznej przerwie. Po drugie: na płytę trafił wyłącznie materiał własny, bez coverów. Muzycznie przełomu nie było i dobrze = zespół wciąż grał przede wszystkim tradycyjnie pojętego hard rocka, z buchającym żywiołem gitarowego duetu i ekspresyjnymi partiami wokalnymi. Te inklinacje potwierdzał Just To Get Into It ze swym szybkim tempem i krzyczącym ekstatycznie McCafferty`m. Kompletne zaskoczenie następowało w następnym May The Sunshine, który nawiązywał do gospel i popu, pojawiała się także "hawajska" gitara. Pozostałą część albumu wypełniła muzyka, do której już słuchacze w przypadku Nazareth przywykli. Wyróżniał się przede wszystkim dwuczęściowy Simple Solution - samodzielny autorski numer Cleminsona, z gitarową mocą i dobrze pojętą przebojowością. Pełna żaru ballada Star także stawała na wysokości zadania z nastrojową zwrotką i nieco mocniejszym refrenem, a także przyjemnie unoszącymi się gitarowymi harmoniami. Hipnotyczny surowy akompaniament w Claim To Fame kojarzył się z Black Sabbath, ale największym atutem numeru był absolutnie genialny śpiew McCafferty`ego. Dla radiowych słuchaczy ciekawą propozycją był Whatever You Want Babe z pobrzmiewającym folkiem motywem przewodnim. Finałowy dwuczęściowy No Mean City, kwintet postawił raczej na klimat, aczkolwiek nie zabrakło tutaj również rockowej energii.
Minął rok i w styczniu 1980 Nazareth wkroczył wraz z [11], który otwierał oparty na blues-rocku Holiday. Nowy producent Jeff Baxter, znany ze współpracy z Doobie Brothers i Steely Dan, zdecydował o amerykańsko brzmiącym charakterze materiału. Showdown At The Border wydawał się wręcz kopią dokonań Boston czy Journey, w stylu Południa pobrzmiewał Big Boy. Jakieś ciekawe fragmenty przewijały się w Fast Cars za sprawą użytego wibrafonu, a w Ship Of Dreams uwagę zwracało stosunkowo szybkie tempo, ciekawy refren i instrumentalna wstawka w jego końcowej części. Ogólnie jednak tej płycie zabrakło przede wszystkim rockowego ducha, nieokiełznanej energii i nawet McCafferty już tak nie forsował głosu jak na poprzednich płytach. Lekkie i optymistyczne kawałki nijak pasowały do dość niepokojącej okładki i nadawały się do radia. W pamięci pozostawała w zasadzie tylko ballada Heart`s Grown Old (choć w wersji koncertowej numer robił lepsze wrażenie ze względu na niepotrzebnie pojawiające się w wersji studyjnej głośne żeńskie chórki Terri & The Semiconductors). Trudno zrozumieć dlaczego to odświeżenie konwencji nie zwróciło się w stronę mocniejszego hard rocka, a wprost przeciwnie - nawet jak pojawiał się jakiś mocniejszy riff Charltona czy Cleminsona to sprawiał wrażenie świadomie "schowanego". Nie dało się zaprzeczyć, że radiowe granie w wykonaniu Nazareth miało swój urok, ale nie tego zapewne oczekiwali fani grupy - na pewno nie zestawu nowych bezpiecznych numerów o gładkim brzmieniu i nie miało znaczenia, że dalekie one były od popowego banału.
Od lewej: Manny Charlton, Zal Cleminson, Dan McCafferty, Darrell Sweet, Pete Agnew
W drugiej połowie 1980 do składu dołączył nieoficjalnie pianista John Locke. Z zespołu odszedł także Zal Cleminson, który zdecydował się dołączyć do (krótko istniejącego) projektu Tandoori Cassette, któremu przewodził Barriemore Barlow (ex-Jethro Tull). Manewry personalne stanowiły zapowiedź dalszych zmian - tym razem w artystycznym wizerunku zespołu. Muzycy uznali, że nastała konieczność skomercjalizowania twórczości. Nazareth podryfował więc na wydanym w lutym 1981 [12] w kierunku wygładzonego soft rocka, aby trafić na listy przebojów komercyjnych rozgłośni radiowych w USA. Zwrot w tą właśnie stronę był posunięciem skądinąd logicznym - rynek amerykański rokował pewne nadzieje, nawet starzy wyjadacze pokroju The Allman Brothers Band dali się tej stylistyce skusić. Koncepcja artystycznej przemiany wydawała się zatem niegłupia, jednak oczekiwany sukces nie nastąpił. Nowym nagraniom zabrakło brzmieniowego kolorytu, którym charakteryzowały się produkcje choćby Journey. Brzmienie Nazareth straciło hard rockową zadrę, pozostało wszakże relatywnie surowe. W Another Year McCafferty zaśpiewał wraz z Petem Agnew, a w W Let Me Be Your Leader znów odzywało się pseudo-reggae, ponadto dorzucono uroczysty refren i równie uroczyste zakończenie. Podobny lekki akompaniament serwował We Are The People, który na szczęście miał w sobie więcej ikry. Victoria kojarzył się z jakąś knajpianym luźnym graniem w manierze honky tonk, a Dressed To Kill miał w sobie trochę staroświeckiego rock`n`rolla. Na szczęście nagrano także kilka niezłych numerów jak Pop The Silo z popisem wokalnym McCafferty`ego, Little Part Of You z niezłymi wspólnymi zagrywkami gitarowo-basowymi czy rzewną balladę Moonlight Eyes - przypominającą te, które formacja nagrywała w latach 70-tych. Jednak najlepszą rzeczą na tej płycie była koncertowa wersja Cocaine J.J.Cale`a, wykonana z rockowym żarem i pomocą publiczności. Całość przybierała ostatecznie formę ekwilibristycznego stylistycznego szpagatu, by jak najlepiej odnaleźć się w muzycznej rewolucji lat 80-tych. Wśród sześciu bonusów ze zremasterowanej w 2010 edycji, uwagę zwracał Morgentau - koncertowa niemieckojęzyczna wersja Morning Dew. Mimo sporej dawki pozytywnej energii, fani i krytycy dalecy byli od pochwał
Po wysłuchaniu otwierającego Love Leads To Madness wiadomo już było, że Nazareth na [14] znów podążył w kierunku subtelnie zaaranżowanych z amerykańska brzmiących piosenek. Tylko poprowadzony w szaleńczym tempie Boys In The Band oraz przyciężkawy Back To The Trenches nazwiązywały do cięższych dni. Ballada Games sprawiała wrażenie powstałej w latach 70-tych - utwór utrzymano w nieco marszowym rytmie, przypominającym nieco bolero. Do tego dochodził umiejętnie budowany nastrój, gardłowy wokal Dana w finale i duet Charlton-Rankin prowadzący harmonijne frazy i solówki. Przebojem okazał się spokojny Dream On, ukazujący w pełni ponownie talent wokalny McCafferty`ego. Ta w zasadzie kultowa ballada swego czasu dotarła na szczyt notowania na liście przebojów Programu 3 Polskiego Radia jako gładki nastrojowy numer z wyraźnie odciśniętym piętnem lat 80. Zamerykanizowane Lonely In The Night czy dziwoląg Mexico z podbitym elektronicznie akompaniamentem to już typowe oblicze zespołu z lat 80-tych. Płyty dopełniały: bliski reggae You Love Another (o klimacie zbliżonym do The Stranglers), tanecznie popowy Preservation oraz rock`n`rollowe koszmarki: Gatecrash (brzmiący jak standard Elvisa Presley`a) i Take The Rap. Ostatecznie repertuar nie brzmiał już tak wyraziście i heavy-rockowo jak w przeszłości. Muzycy Nazareth skierowali się w stronę lżejszych i wygładzonych odmian rocka, licząc w ten sposób na zdobycie większej popularności na rynku amerykańskim. Grupa zagrała muzykę, której nie trzeba było sięwstydzić, ale to już nie było "to". Ilość partii klawiszowych Locke`a i wyeksponowanie ich kosztem gitar to główny problem tej płyty.
Kolejny krążek nagrany z Rankinem w pięciosobowym składzie to [15] z listopada 1983. Ekipa kontynuuwała przygodę ze zdecydowanie lżejszym brzmieniem, choć już bez Johna Locke`a. Nie znalazła się tutaj ani jedna wybitna kompozycja, a struktura piosenek charakteryzowała się prostotą aranżacji i stawiała na piedestale melodyjność. Na początek nawet niezły All Nite Radio, ale bez specjalnych solówek. W podobnym przyzwoitym klimacie nagrano jeszcze nieco przesłodzony Milk And Honey i lekki rockowy Whippin` Boy. Akceptowalny Rags To Ritches to "ładna" piosenka nawiązująca do brzmienia amerykańskich rockowych bandów tamtego okresu. W Local Still błyska gdzieś rockowy ząb, a w finale przemykała zbyt krótka solówka gitarowa. Najlepszą ofertą wydawał się kawałek ostatni Where Are You Now? - dość zgrabna i nazdwyczaj melodyjna ballada. Znów nie uniknięto znaczących potknięć w rodzaju nieciekawego Rain On The Window, nudnego Why Don`t You Read The Book? czy I Ran z mało sensownym funkowym rytmem. To była muzyka dla mas - komercyjna i przyjemna, do jazdy autem czy też prasowania. Dobre tło do towarzyskiego spotkania w domu bądź jako podkład muzyczny w restauracji - w innych przypadkach ta muzyka nijak nie poruszała. Dziwił fakt, że Rankin i przede wszystkim Manny Charlton zgodzili się na cofnięcie ich instrumentów kosztem basu. Do tego McCafferty chyba "obraził się" na swoją charakterystyczną przecież chrypkę i postanowił robić wszystko, by jej nie używać.
W 1984 McCafferty w wywiadzie stwierdził: "W gruncie rzeczy robimy to co robiliśmy przez ostatnich dziesięć lat. Tyle, że jest to bardziej nowoczesne". Jednak zarówno dwa poprzednie albumy, jak i wydany we wrześniu 1984 [16] mocno zaprzeczały jego słowom. Zespół zamiast grać to, co potrafił najlepiej, uparł się unowocześniać i wygładzać brzmienie na wzór Bryana Adamsa. To granie irytowało miłośników wczesnego Nazareth, gdyż wiedzieli oni że formację stać na znacznie więcej. Odszedł Billy Rankin i Manny musiał radzić sobie w pojedynkę. Przełomu nie było i grupa nagrała kolejny album bez wyrazu, choć bez nadmairu popowej słodyczy z poprzednika, perkusja Sweeta jakby mocniejsza, a Dan stosował więcej swojej magicznej chrypki. Można było pochwalić za wykonawczy zapał Last Exit Brooklyn oraz balladę Love Of Freedom z niby-szkockim intrem. Pozytywnie prezentował się również cover Ruby Tuesday The Rolling Stones - kwartet zmienił nieco rytm oryginału, trochę go ożywiając i rozpogadzając brzmienie. Jednocześnie Nazareth coraz bardziej zaczął się upodabniać do zespołów pokroju ZZ Top - zelektronizował brzmienie i zaczął zadowalać się błahostkami w stylu muzyki pop (Moondance). Z kolei Sweetheart Tree to nic innego jak rock`n`roll podchodzący pod Status Quo. Lepszymi frahmentami były także You Don`t Believe In Us ze względu na uroczą partię gitary gdzieś w końcówce oraz na finał Road To Nowhere - przeróbka mało znanej amerykańskiej spółki autorskiej Goffing-King. Ponownie akompaniament większości utworów oparto na wyraźnych liniach basu i oszczędnych partiach gitarowych, a niektóre kawałki budziły po prostu negatywne odczucia jak syntetyczny bezduszny Party Down. W sumie najbardziej zapamiętalna była erotyzująca okładka z wypiętym na kształt piłki futbolowej kobiecym tyłkiem.
Jeszcze gorszy był [17] z lutego 1986, zawierający mniej lub bardziej rockowe nijakie numery, rażące sztampą i nudą. Kilka żywych piosenek, dość melodyjnych i rytmicznych, nie ratowało tego krążka. Jednocześnie udało się muzykom stworzyć swego rodzaju miraż tego wszystkiego, ponieważ przy pierwszym przesłuchu wydawało się, iż płyta stanowiła próbę powrotu do trochę ostrzejszego grania. Tak naprawdę jednak była to muzyka prosta i mało wyszukana. Wszystko rozpoczynał tytułowy Cinema z potężną perkusją i riffami gitar jak za dawnych czasów. Just Another Heartache z uwagi na galopujące tempo przypominał znany przebój Slade Run Run Away. Uważniejsi polscy słuchacze
potrafili wychwycić motyw w refrenie Hit The Fan, który jako żywo przypominał Autsajder naszego Dżemu (prawdopodobnie niezamierzona zbieżność melodii). Kolejno przelatywały zupełnie nijakie: skoczny One From The Heart, Salty Salty nawiązujacy do przeboju Geordie All Becouse Of You i płynący w konwencji blues-rocka w stylu ZZ Top White Boy. Na koniec tradycyjna ballada A Veteran`s Song. Niby krążek nie schodził poniżej pewnego przyzwoitego poziomu, ale to było rzemieślniczna poprawność - a może ówczesnego Nazarethu zwyczajnie nie było stać na więcej. Grupa jednak nie poddawała się i cały czas zabiegała o utrzymanie się na powierzchni muzycznego rynku rockowego w czasach ekspansji elektroniki i dance. W 1987 McCafferty zrealizował w Niemczech swój drugi krążek solowy In The Ring.
Jako, że na publiczność amerykańską i kanadyjską nadal można było liczyć, wydany w czerwcu 1989 [18] osiągnął tam pewien rozgłos. Jednocześnie była to ostatnia płyta z Manuelem Charltonem w składzie, który tutaj zajął się także syntezatorami i programmingie,. W Lady Luck - mimo harmonijki ustnej i bluesowego schematu - było coś z atmosfery starego dobrego Nazareth. Podobały się żywiołowy Trouble i skandowany Animals, raziły już jednak sztampowy Girls i nijaki The Key. Na albumie zaprezentowano również cudze kompozycje - Hang On To A Dream Tima Hardina i Helpless Neila Younga. Na [19] ostro do roboty wziął się Billy Rankin, który przyłożył rękę do wszystkich utworów płyty, niektóre stworzył zupełnie sam. Dzięki niemu wyostrzyło się brzmienie, choć z drugiej strony gdyby przyrównać krążek do jakiejkolwiek płyty Szkotów z lat 70-tych, słychać było jak wielka przepaść dzieliła ich od potęgi z pierwszych lat działalności. Na szczęście Dan McCafferty mimo upływu lat wcale się nie zmieniał i ten sam zachrypnięty głos pełen rockowej ekspresji jak zwykle czarował. Tylko dzięki niemu tej płyty można było nawet z zaciekawieniem słuchać. Bez niego byłby to tylko jeszcze jeden nijaki produkt z boogie Thinkin` Man`s Nightmare, pseudo-hard rockiem Hire And Fire, tradycyjną muzyką szkocką The Rowan Tree / Tell Me That You Love Me, a nawet utwór z riffem niemal w stylu Black Sabbath w Lap Of Luxury.
Gitarę po Charltonie przejął na [19] stary znajomy Billy Rankin. Teraz jego rola w grupie była z pewnością nieporównywalnie większa niż w przeszłości. W rezultacie muzyka stała się stricte rockowa, ale nadal nie było to coś rzucającego na kolana. Już na start podobac się mogła solidna motoryka i mocny gitarowy riff w Hire I Fire - w podobnej konwencji zrealizowano Right Between The Eyes i kończący Cry Wolf. Utrzymany w średnim tempie Do You Wanna Play House? przypominał nieco kilka starszych hitów, swoich fanów znalazł też lekki Keeping Our Love Alive. Zespół popisał się w przyzwoitej balladzie Every Time It Rains, jak również w Cover Your Heart autorstwa Rankina, który przypominał nieco ówczesne wielkie hity Van Halen (nawet wokal McCafferty`ego nasuwał skojarzenia z głosem Sammy`ego Hagara). Trochę ciężaru dodawał wolno toczący się Lap Of Luxury, zaś nieco oryginalności fani otrzymywali w The Rowan Tree/Tell Me That You Love Me, gdzie jak za dawnych czasów Nazareth wplótł odrobinę szkockiego folkloru. Trudno było wskazać jakiś szczególnie udany utwór, niemniej ominięto pułapki funku czy reggae jakie zdarzały się w latach 80-tych. Rozwinięciem poprzednika był [20] - było i ostro (Let Me Be Your Dog, Crack Me Up) i nastrojowo (Move Me). Znów składano ukłon w stronę ulubionego ZZ Top w Steamroller i Rip It Up. Przypomniano również największe hity - Love Hurts (w wersji orkiestrowej), Razamanaz i This Flight Tonight w wersjach akustycznych.
Kiedy zespół opuścił Billy Rankin, na [21] zmienił się i sam Nazareth. Naturalnie nie za wiele, bo niepowtarzalny głos McCafferty`ego pozostał. W otwierającym Light Comes Down pobrzmiewało nawet jakieś echo dawnych lat. Ale już w Cheerledder najważniejszy wydawał się być nowy gitarzysta Jimmy Murrison, popisujący się biegłością swoich palców. Zgodnie ze swymi nawykami, grupa puszczała oko do The Allman Brothers Band (Nothing So Good, Waiting), skłaniała się też ku przebojowej muzyce poprockowej w stylu łagodniejszego Van Halen. Na krążek wciśnięto też boogie Party At The Kremlin i bluesową balladę z fortepianem God Save The South. 30 kwietnia 1999 Darrell Sweet zmarł w wieku 51 lat na atak serca podczas przygotowań do koncertu Nazareth w New Albany (Indiana). McCafferty i Agnew byli tak przygnębieni, że na kolejną studyjną płytę Nazareth przyszło czekać niemal dekadę. [23] zabrzmiał świeżo, mocno i interesująco. Takiego zacięcia jak w Liar, w którym przewijały się klimaty późnego Dio, trudno sobie w twórczości Nazareth przypomnieć. Jeśli do tego dodać oparty na wyeksponowanym riffie Going Loco czy pędzący z impetem Road Trip, to w zasadzie powstało najmocniesze brzmieniowo dzieło Szkotów. Najwięcej emocji budził The Gathering - ciężki, mroczny i wręcz przesycony tajemniczym rytualnym klimatem. Momentalnie przypominały się niebanalne utwory, które grupa nagrywała na początku swej kariery jak Mornig Dew lub The Ballad Of Hollis Brown. Wszystko kończył nastrojowy Dying Breed z zaskakującym apokaliptycznym finałem. Naturalnie, jak to w przypadku Nazareth, nie mogło zabraknąć przebojowych i wpadających w ucho numerów jak Day At The Beach czy Enough Love, choć w tym pierwszym irytują cukierkowe chórki. Niepotrzebnie wrzucono wycieczkę na amerykańskie Południe w See Me oraz porcję przeciętniactwa (Mean Streets, Keep On Travelin`).
[24] serwował najlepszy numer zaraz na wstępie - atmosferę Big Dog`s Gonna Howl budowały kąśliwe uderzenia gitary Murrisona oraz pełen mocy śpiew McCafferty`ego. Jednak wraz z kolejnymi kompozycjami, album popadał w totalne średniactwo, choć nie sposób było odmówić mu rockowej zaciętości. Ciekawił za to spokojniejszy When Jesus Comes To Save The World Again, w którym dosyć unikalnie połączono nastrojowość i ekspresję. Pod koniec sierpnia 2013 McCafferty ogłosił, że cierpi na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc, która pogarsza się z roku na rok. W związku z czym postanowił ze skutkiem natychmiastowym odejść z Nazareth, aby "nie zawstydzać chłopaków z zespołu i fanów mało należytym wykonywaniem swoich obowiązków". 22 lutego 2014 ogłoszono, że nowym frontmanem zostanie Linton Osborne, ale [25] zrealizowano jeszcze z McCafferty`m. Nie był to album w żaden sposób kombatancki, nostalgiczny lub przepełniony smutkiem. Zespół z podniesioną głową zrobił swoje, aczkolwiek subtelne ślady pożegnania znaleźć można tu i ówdzie, zarówno w warstwie muzycznej, jak i tekstowej (Back2B4, Not Today). Dominował typowy dla grupy heavy-rock - charakterystyczny Boom Bang Bang, drapieżne One Set Of Bones i Punch A Hole In The Sky czy w końcu kroczący tytułowy "Rock`n`Roll Telephone. Skoczna struktura AC/DC stanowiła o istocie Speakeasy oraz Not Today. Typowym nazarethowym wypełniaczem był eksperymentalny funkująco-elektroniczny Long Long Time. Lepiej wypadł romantyczny Winter Sunlight ze zwrotkami wyśpiewywanymi chóralnie przez cały zespół. Po tym krążku McCafferty ostatecznie zszedł ze sceny, a miejsce za mikrofonem zajął znany w heavymetalowym światku Carl Sentance.
Byli i obecni członkowie zespołu występowali też w innych grupach:
ALBUM | ŚPIEW | GITARA | GITARA | BAS | PERKUSJA |
[1-9] | Dan McCafferty | Manny Charlton | Pete Agnew | Darrell Sweet | |
[10-11] | Dan McCafferty | Manny Charlton | Alistair `Zal` Cleminson | Pete Agnew | Darrell Sweet |
[12] | Dan McCafferty | Manny Charlton | Pete Agnew | Darrell Sweet | |
[13-15] | Dan McCafferty | Manny Charlton | Billy Rankin | Pete Agnew | Darrell Sweet |
[16-18] | Dan McCafferty | Manny Charlton | Pete Agnew | Darrell Sweet | |
[19-20] | Dan McCafferty | Billy Rankin | Pete Agnew | Darrell Sweet | |
[21] | Dan McCafferty | Jimmy Murrison | Pete Agnew | Darrell Sweet | |
[23-25] | Dan McCafferty | Jimmy Murrison | Pete Agnew | Lee Agnew | |
[26-27] | Carl Sentance | Jimmy Murrison | Pete Agnew | Lee Agnew |
Zal Cleminson (ex-Tear Gas, ex-The Sensation Alex Harvey Band, ex-Dan McCafferty),
Carl Sentance (ex-Persian Risk, ex-Tredegar, ex-Krokus, ex-Crossbones)
Rok wydania | Tytuł | TOP |
1971 | [1] Nazareth | |
1972 | [2] Exercises | |
1973 | [3] Razamanaz | #7 |
1973 | [4] Loud`n`Proud | #4 |
1974 | [5] Rampant | #21 |
1975 | [6] Hair Of The Dog | #1 |
1976 | [7] Close Enough For Rock`n`Roll | #26 |
1976 | [8] Play`N`The Game | |
1977 | [9] Expect No Mercy | #4 |
1979 | [10] No Mean City | #8 |
1980 | [11] Malice In Wonderland | |
1981 | [12] The Fool Circle | |
1981 | [13] It`s Snaz (live) | |
1982 | [14] 2xS | |
1983 | [15] Sound Elixir | |
1984 | [16] The Catch | |
1986 | [17] Cinema | |
1989 | [18] Snakes`n`Ladders | |
1991 | [19] No Jive | |
1994 | [20] Move Me | |
1998 | [21] Boogaloo | |
2001 | [22] Homecoming (live) | |
2008 | [23] The Newz | |
2011 | [24] Big Dogz | |
2014 | [25] Rock`n`Roll Telephone | |
2018 | [26] Tattooed On My Brain | |
2022 | [27] Surviving The Law | |
2023 | [28] The Fool Circle Tour 1981 (live) |