Amerykański zespół założony w 1995 w Chantilly (Virginia). Zadebiutował w 1996 demówką "Hail Northern Virginia", na której zaśpiewał jeszcze Tom Phillips, późniejszy lider While Heaven Wept. Pierwszy album zawieral powermtal okraszony przewijającymi się gitarowymi popisami. Jednocześnie materiał sięgał do tradycji angielskiej bardziej niż chociażby Zandelle czy Gothic Knights. To słychać było w inspirowanym NWOBHM niezbyt ciężkim Land Of Illusions o łagodnym epickim wydźwięku. Cała płyta była formalnie nieco bałaganiarska, bo wrzucono tutaj maidenowe zagrywki, amerykańskie wysokie zaśpiewy i nerwowe rwane tempa. Więcej mrocznego amerykańskiego heavy zawarto w Hail Dark Rider, ale żadnych rewelacji nie było. Bardziej intrygował zawierający wolniejsze (niemal doomowe partie) The Curse Of Twisted Tower, raczej przypadkowo nawiązujący do stylu narracji Pagan Altar. Monumentalna atmosfera obejmowała we władanie The Epic War Never Ends z większą ilością dynamicznych gitarowych zagrywek, w znacznej mierze nawiązujących do Exxplorer czy Griffin. Rue Of The Forsaken Sleepkeeper zaaranżowano na bazie elementów łączących epicki heavy/doom oraz riffowanie grających taką muzykę grup brytyjskich w rodzaju Solstice. Ten utwór obnażał muzyczny bałagan generowany na całej płycie i do końca niczego zdecydowanie nie wyrażał. Podobne wrażenie sprawiał nudny niby-epicki i niby-psychodeliczny Lament: Nocturne, z kolei 10-minutowy The Valkyrie Death Squadrons odrzucał rozgardiaszem, mieszaniem temp i banalnym "ooooo". Wykonanie całości przeciętne, choć w zagrywkach gitar drzemał pewien potencjał. Sam Taylor najlepiej śpiewał fragmenty łagodne, jak we wstępnej części The Witch's Eyes - jedynym numerze kompletnym i najlepiej dopracowanym. Wiele niuansów umykało w wyniku fatalnej amatorskiej produkcji. Jak na rok 1999 i nawet mając na uwadze skromne środki, album wyprodukowano źle, z marnym brzmieniem gitar, kartonową perkusją, wtopionym w to wszystko wokalistą i prawie niesłyszalnym basem. W 2009 krążek poddano remasteringowi i nowa wersja prezentowała pod względem produkcji znacznie lepiej, niestety obnażając przy tym liczne błędy popełnione przez sekcję rytmiczną. Okazało się, że Jim Murad był amatorem, zresztą w zespole miejsca długo nie zagrzał. Debiut Twisted Tower Dire był naiwny i mało profesjonalny.
Wraz z przyjściem nowego basisty Mike'a Engela na [2] pojawił się lepszy podkład pod gitary, które dzięki temu zyskały na atrakcyjności. Pojawiło się również więcej melodii granych i śpiewanych, lecz w sferze samej muzyki był to album dyskusyjny. Epicki rycerski heavy w tradycji lat 80-tych bywał czasem banalny lub wtórny, a tego grupa chciała za wszelką cenę uniknąć. Tytułowy The Isle Of Hydra zawierał w sobie zarówno cytaty z Iron Maiden, jak i klasyków US Metalu oraz rozbudowane gitarowe solówki, które nie przystawały do patetycznej całości. W różnorodności być może siła, ale When The Daylight Fades czy Sign Of The Storm nie wykraczały poza proste numery, oparte na kilku riffach głównych. W The Dagger's Blade zawarto więcej klimatu i dramatyzmu, ale ta surowizna od refrenu stawała się jednostajna i nużąca. W Ride The Night wstęp z gitarą akustyczną przypominał dumne intra Manowar, potem jednak kwintet trwonił potencjał przekształcając kawałek w raczej prymitywny heavy metal z fałszywie zagranymi solówkami. Najdłuższy The Longing zagrano w kilku następujących po sobie maidenowych tempach, ale jakby bez realnej myśli przewodniej. Żwawy, ale zagrany na granicy chaosu Final Stand wyróżniał się in minus marną współpracą sekcji rytmicznej i gitarzystów - nie bardzo wiadomo czy to perkusja nie nadążała, czy też gitarzyści grali zbyt często nie do rytmu. Kiepsko wypadła również tutaj część wolniejsza - ni to doomowa, ni to folkowa. Na koniec ujmujący za serce balladowy Dying Breath, oparty głównie na gitarach akustycznych i tu grupie udało się słuchacza ścisnąć za serce, zwłaszcza kiedy Taylor śpiewał rozdzierająco. Wokalista zaśpiewał zresztą bardziej wyraziście niż na debiucie, ale nie znajdował odpowiedniego wsparcia w gitarzystach - oni grali ostrożnie rzeczy typowe i serwowali zbyt uproszczone solówki. Generalnie była to płyta zapożyczeń i prostych rozwiązań, powodujących monotonię w obrębie poszczególnych numerów. Powstał poprawny i ostrożny epicki heavy metal, z jedną perełką na koniec w postaci Dying Breath.
Po kolejnej zmianie na stanowisku basisty (dołączył Jim Hunter), [3] rozpoczynały dość nijakie At Night i Some Other Time Some Other Place, ale zespół miał na tym albumie wiele niespodzianek. Ekipa wypadła najlepiej w rycerskim heavy z powermetalową energią i poszanowaniem tradycji. Tak zespół przechodził do Axes & Honor, gdzie od niewinnego rozpoczęcia nagle pojawiało się true granie, przy którym topór sam unosił się do ciosu. To było granie amerykańskie do bólu, zarówno w stylu poprowadzenia refrenu, jak i w zmasowanym ataku sekcji rytmicznej. Tony Taylor śpiewał bardzo dobrze, miał w głosie sporo pewności i trzymał się odpowiednich wokalnych rozwiązań. Udowadniał to To Be A Champion i maidenowe reminiscencje nie stanowiły już jedynie zapożyczeń. W Infinitum zwracał uwagę marszowy rytm i odrobinę lżejszy refren tworzyły znakomitą całość. W Fight To Be Free zabrakło jednakże przysłowiowego ostatniego szlifu - dziwić mógł także niemiecko brzmiący refren. Kolejne trzy numery były demolujące. Transfixed to niecałe trzy minuty rozbujanego heavy z kąśliwymi naprzemiennymi solówkami, a nieco wolniejszy By My Hand to agresywny wokal Taylora, barbarzyńska dominacja sekcji rytmicznej oraz dążenie do ekspozycji refrenu z naprzemiennymi chórkami. W końcu refren w Guardian Bloodline wysadzał rycerza z siodła w pełnym galopie. Epilog stanowił epicki rozbudowany The Reflecting Pool, pozostawiając uczucie niedosytu, że to już koniec i że początek krążka powinien być znacznie lepszy. Za produkcję odpowiadał Piet Sielck i brzmieniowo był to majstersztyk (bębny burzyły mury Jerycha).
Na [4] jednoznacznie sięgnięto do tradycji amerykańskiego heavy/power lat 80-tych, zwłaszcza spod znaku Jag Panzer, Malice, Liege Lord i Wild Dogs, a całość opatrzono brzmieniem współczesnym, ale odległym od modern metalu XXI wieku. Powstał album klasyczny, a sprawiający wrażenie stworzonego w dobie obecnej. Nad materiałem jednak unosił się nieuchwytny duch grania odtwórczego i pewnego przyciężkiego wykonania. Forma gitarzystów wyborna - kompozycje były pełne znakomitych solówek i zadziornych energicznych riffów. Pomysłów na atrakcyjne melodie nie zabrakło, ale tytułowy Netherworlds pod tym względem wypadł gorzej od pozostałych. Znacznie lepiej zespół zaprezentował się w Casuality Of Cruel Times - prostszym rozpędzonym rycerskim numerze. Sekcja rytmiczna dokonywała heroicznych wysiłków, aby zabrzmieć jak najbardziej w klimatach lat 80-tych, a najlepszymi na to przykładami były Starshine i Dire Wolf. Próby bardziej rozbudowanego grania z echami wczesnego Helstar słychać było w No One Left To Blame, a coś z Griffin było w nieco romantycznym Firebird. Jako bonusy wrzucono przeróbki Crionics Slayer (edycja amerykańska) i Stand Up And Shout Dio (edycja japońska).
Zespół w zasadzie na każdej dotychczasowej konfiguracji przysparzał dużo radości swoją muzyką, odnoszącą się do różnych źródeł klasycznego metalu amerykańskich, jak i europejskich. Zawsze była to muzyką wtórna z zamierzenia, ale na [5] formacja zabrnęła w ślepą uliczkę. Skorzystano ponownie ze specyficznej rytmiki Iron Maiden, obudowanej jednak tak trywialnymi i wyblakłymi melodiami jakimi ten zespół jeszcze słuchacza nie uraczył. Szybkie Mystera, Snow Leopard czy The Stone sprawiały jedynie wrażenie energicznych, tak naprawdę nie niosąc ze sobą żadnej treści. Krążek jawił się jako ożywiony, wesoły i przebojowy, ale nie było w nim grama autentyzmu. Aune był poprawnym wokalistą, nieco zbyt rozkrzyczanym i nadużywającym wysokich tonów. Jego popisy jednak niknęły w jednostajnym materiale, który zlewał się w szarą muzyczną plamę. Zniknęło dotychczas znane prawdziwe wyczucie rycerskich klimatów. Doświadczony zespół nagrał naiwny amatorski krążek.
Ekipa zamilkła na osiem lat, a w tym czasie w amerykańskim tradycyjnym heavy wydarzyło się bardzo wiele. Jako grupa neotradycyjna nie mogła być na [6] posądzana o archaiczność, tym bardziej jeśli celowała w chwalebną stylistykę [3]. Było to jednak trudne bez Taylora, bo Johnny Aune tak jak poprzednio okazał się wokalistą siermiężnym i nie osiągnął nigdy dramatyzmu swojego zmarłego poprzednika. Zresztą zahaczało to o niemożliwe przy tak prosto zaaranżowanych kawałkach w rodzaju True North czy Tear You Apart z co najwyżej dobrymi melodiami. Czasem ta toporność miała swój urok przy założeniu, że francuski Lonewolf po prostu grał podobne rzeczy lepiej (Thundering). Granie trąciło myszką i to na własne życzenie tak jak w Riding The Fortress czy też Eons Beyond. To był metal jednostajny i bez pazura, przy jednoczesnych gitarach mocno ryczących. Zespół w Light The Swords On Fire czy The Beast I Fear spoglądał na dokonania Visigoth i Judicator, ale nieudolnie i przaśnie. W końcu ekipa niszczyła w niezbyt szybkim And The Sharks Came Then, ze znakomitą grą duetu Boyd-Waldrop. Twisted Tower Dire przymilał się też łagodniejszymi refrenami i zaśpiewami - w zasadzie tylko surowszy A Howl In The Wind tego uniknął. Aune nie był po prostu ciekawym wokalistą, becząc przy przeciąganiu wersów i czasem rujnując klimat zbyt beznamiętnym wykonaniem.

Dalsze losy muzyków Twisted Tower Dire:

ALBUM ŚPIEW GITARA GITARA BAS PERKUSJA
[1-2] Tony Taylor Dave Boyd Scott Waldrop Jim Murad Marc Stauffer
[3-4] Tony Taylor Dave Boyd Scott Waldrop Jim Hunter Marc Stauffer
[5-6] Jonny Aune Dave Boyd Scott Waldrop Jim Hunter Marc Stauffer

Marc Stauffer (ex-Arghoslent), Jim Hunter (ex-Springheel Jack, ex-Revelation, While Heaven Wept, October 31), Jonny Aune (ex-Viper/USA)

Rok wydania Tytuł TOP
1999 [1] The Curse Of Twisted Tower
2001 [2] The Isle Of Hydra
2003 [3] Crest Of The Martyrs #29
2007 [4] Netherworlds
2011 [5] Make It Dark
2019 [6] Wars In The Unknown

          

Powrót do spisu treści