
Włoska grupa założona w 1994 w Weronie przez Martognelliego pod nazwą Nemhesis. Po wydaniu sześcioutworowej demówki w 1996, zmieniono szyld na Arthemis i wydano debiutancki krażek w grudniu 1999. Ekipa miała problem z kompetentnym wokalistą, dlatego na prawach muzyka sesyjnego zaproszono do studia Alberto Carię. Krążek zawierał rozbudowane kompozycje z kręgu progresywnego power o orientacji gitarowej i pewnych wpływach speed metalu, co w znacznym stopniu odróżniało tę muzykę od typowego flower-power z masywnymi klawiszami. Wysoki czysty wokal frontmana dominował nad ostrymi gitarami i Andrea skupiał na sobie główną uwagę - zwłaszcza w dosyć nieśmiałych partiach instrumentalnych surowego War oraz całościowo w niezbyt czytelnych popisach gitarzystów. Nieco lepiej wypadł Tyrants Time, nastawiony na chwytliwą i niemal romantyczną melodię podaną w lekko progresywnej konwnencji. Realnie styl muzyczny Arthemis nie został tu do końca określony. Wiele w tym graniu było aranżacyjnego chaosu, wahania pomiędzy ostrym graniem niemal w manierze US Power, a włoskim progresywnym graniem wyrastającym z zasadniczych założeń Labyrinth. Zaprezentowane galopady typu Time To React czy Claws Of The Devil wydawały się zbyt gwałtowne, a numery o łagodnym charakterze budowano na naprzemiennych szybkich i wolniejszych partiach - w przypadku Tomorrow`s World z dobrym skutkiem (z odległymi echami stylistyki angielskich Raven czy Satan). Włoską elegancję potraktowano dosyć surowo co słychać w The Storm, w zasadzie najlepszym utworem z tej płyty, zarówno pod względem doskonałej bojowej melodii, jak i wykonania instrumentalnego. W jakiś sposób ten utwór wpisał się w kształtowanie włoskiej filozofii łączenia epickości z pewnymi elementami neoklasycznymi i progresywnymi - podobne utwory pojawić się miały na płytach grup z Italii już niebawem. Czasem jednak zespół serwował granie przerysowane i przesyt następował w power/speedowym Twilight In The Dark. Na szczęście album kończył epickim melodyjnym ośmiominutowym Church Of The Holy Ghost i pewne rozwiązania z tej kompozycji pojawiły się później w twórczości Holy Martyr. Potknięciem była tylko nadmierna ostrość i zapędy do niepotrzebnego przyspieszania. Brzmieniowo czysto i klarownie, ale zabrakło ostatecznego szlifu - płytę nagrano własnymi środkami. Płyta rozgłosu Arthemis nie przyniosła, ale stała sie pierwszą z długiej serii albumów, na których grupa nastawiła się na nieustanną i czasem zaskakująca ewolucję stylu. W 2005 płytę wydała ponownie wytwórnia Underground Symphony jako Return To Church Of Holy Ghost.
Na znacznie lepszym [2] zaśpiewał już Alessio Garavello. Włosi zaproponowali szybki power z elementami progresywnymi i pewną dawką neoklasyki. Udane Quest For Immortality i Voice Of The God cechowały wyraziste melodie, długie rozbudowane solówki gitarowe i spore nawiązania do ekip niemieckich. Garavello śpiewał w tych numerach wysoko, momentami naśladując Kiske i nieraz powstawało wrażenie kopiowania Helloween. Sun`s Temple czy The Night Of The Vampire zawierały już więcej cech typowych dla metalu włoskiego spod znaku Labyrinth. The Night Of The Vampire stanowił tego dobry przykład, dodatkowo utwór wzbogaciły nienachalnie podane elementy neoklasyczne. Druga część albumu była niestety słabsza. Instrumentalny Earthquake o charakterze progresywnym wnosił niewiele, a rycerski Noble Sword niepotrzebnie przekombinowano i w rezultacie zatarto kilka niezłych pomysłów. Było to dzieło gitarowe, nagrane praktycznie bez wykorzystania klawiszy, bez ballad i wolnych utworów. Wadą było jednak zbytie pędzenie do przodu i wciskanie na siłę w granice jednego utworu zbyt dużej liczby pomysłów. W 2002 Alessio Garavello stanął jednocześnie za mikrofonem w Power Quest.
[3] przynosił większy nacisk na melodyjność w powermetalowej otoczce. Album sprawiał wrażenie nieco chaotycznego pod względem łączenia stylów i pomysłów. Było w tym wszystkim nieco Power Quest, lecz włoskie granie dominowało, jak w otwierającym Fire Set Us Free. Szkoda, że Garavello wciąż uparcie trzymał się wysokich rejestrów i psuł ostatecznie piskami galopujący Black Rain. Chaos kontynuowano w The End Of The World z neoklasyczną solówką - niektórzy mogliby powiedzieć, że numer dzięki temu urozmaiceniu nie nużył, jednak obfitość pomysłów godna była uwiecznienia na dwupłytowym CD, a nie przesadnego upchania w 42 minutach. Niczym nie wyróżniały się Master Of The Souls ani Arthemis. W drugiej części płyta siadała, prezentując średniej klasy melodyjny power metal. pozytywnie wyróżniały się tylko szybki The Axe Is Coming i balladowo-teatralny Golden Dawn. Drażnił wyjątkowo wysoki wokal, zwracały za to uwagę niezłe solówki Martongelliego oraz współpraca gitarzystów. Bas od czasu do czasu wysuwał się do przodu, gęsto wspomagając ataki duetu Martongelli-Ballottari. Brzmieniowo selektywnie i starannie. Ogólnie krążek dobry, ale po prostu za dużo się na nim działo, a nadamiaru pomysłów nie udało się przekuć w interesujące aranżacje.
Nieźle rozpoczynał się [4] - dynamicznym powermetalowym Rise Up From The Ashes, opartym o hard rockowe schematy i wesoły luźny klimat. Prosta melodyjność nie zatrzymywała się przy okazji "Only Your Heart Can Save Us, do którego dorzucono żartobliwe odniesienia w riffach do muzyki klasycznej. Free Spirit nieco cięższy, ale też z całą gamą zagrywek będących powermetalową transformacją rocka klasycznego. Desert Storm niestety już słabszy i kompozycyjnie jakby wyciągnięty z płyty poprzedniej. Z kolei Star Wars był kawałkiem zorientowanym wręcz na amerykański rock i szkoda, że znów pierwsza połowa wydawnictwa emanowała większą dawką radości i swobody. Ciekawie dryfujący w stronę AOR Touch The Sky został niestety zniszczony zbyt wysokim śpiewem Garavello. Here Comes The Fury to przypomnienie korelacji z Power Quest, a w balladzie Ocean`s Call warto było docenić bardzo dobrą produkcję tej płyty. The Vampire Strikes Back to bezduszny szybki power metal i zamykający całość bujający Thunder Wrath był jednak lepszy. Początek albuymu zwiastował więcej radości i swobody - ponownie na drugą część materiału nie starczyło pomysłów. Czytelne selektywne brzmienie oraz dobre rozplanowanie instrumentów to po raz kolejny robota Luigi Stefaniniego. Melodyjny power na niezłym poziomie, już zupełnie pozbawiony cech progresywnych.
[5] zaskakiwał nie tylko brakiem klawiszy i ułożonych refrenów, ale przede wszystkim zapożyczeniami skąd tylko się dało. To plagiatowanie miało w sobie jednak potężną dawkę chwytliwości, daleką od ugładzonego stylu Power Quest. Inny wokalista zaśpiewałby wszystko jeszcze lepiej, ale tym razem frontman spisał się powyżej oczekiwań. We Fright Train wklejono prosty przebojowy refren rodem z power/thrashowej amerykańskiej stylistyki. Grania "na jedno kopyto" nie było, ponieważ Angels In Black przenosił nagle do Finlandii, uderzając w melancholijne tony niczym Entwine. Zmiana stylu następowała już w Electri-Fire, nowocześnie zagranym power/thrashu, w którym można było odnaleźć specyficzne nerwowe riffowanie Flotsam And Jetsam. Niezłe chórki zwracały uwagę na Medal Of Honor - klasyczny heavy w powerowej oprawie o podniosłej melodii i niemal sabbathowymi przejściami. Do całości nie pasował za to Escape, rozczarowujac refrenem dla młodzieży na wzór Bullet For My Valentine, natomiast stary Arthemis, choć zagrany ciężej i mroczniej, powracał w ponad 7-minutowym Black Society, stanowiący wręcz tygiel różnorodnych nawiązań. W Let It Roll było nawet coś ze speed metalu dawnych lat, ale bez nadmiaru nawalanki, która czyniła taką muzykę mało czytelną. Na koniec mocny Mr.Evil nieźle zagrany, z godnymi podziwu motywami gitarowymi, choć drażnił powerowo podany grunge. Ten krążek przeznaczony był właściwie dla fanów metalowego eklektyzmu, gdyż nie każdemu spodobać się mógł nadmiar inspiracji i nieco wymuszony luz.
Ten styl nie spodobał się większości członków grupy i pod koniec 2008 na placu boju pozostał tylko Andrea Martognelli. Wykazał on silną wolę i zmysł organizacyjny, zbierając nowy skład złożony z muzyków nieznanych. Lider zapowiedział też zmianę stylu na thrash, co mocno ostudziło zapał i zainteresowanie dotychczasowych wielbicieli. Ostatecznie [6] ukazał się bez wielkiego szumu w czerwcu 2010 i przeszedł bez większego echa. Mogła się podobać świeżość ekipy, lecz to granie męczyło bardzo szybko. Płyta była nierówna i co rusz zdarzały się kompozycje słabe, osadzone na kanwie power/thrashu. Problem stanowiło także ukierunkowanie albumu na określoną grupę słuchaczy - materiał był za ciężki i nowomodny dla fanów klasycznego power, a maniacy pancernych dywizji na pełnej szybkości też obeszli się smakiem, znajdując zbyt wiele wtrętów heavymetalowych. [8] był chyba jedną z najkrócej trwających koncertówek wszechczasów = czas płyty przekraczał zaledwie 43 minuty. Dyskografię uzupełnia nagranie United z 2010 z tribute The Metal Forge: Volume 1 - Judas Priest dodanego do brytyjskiego "Metal Hammer".
Późniejsze losy członków Arthemis:
| ALBUM | ŚPIEW | GITARA | GITARA | BAS | PERKUSJA |
| [1] | Alberto Caria | Andrea Martongelli | Matteo Ballottari | Matteo Galbier | Alessio Turrini |
| [2] | Alessio Garavello | Andrea Martongelli | Matteo Ballottari | Matteo Galbier | Alessio Turrini |
| [3-4] | Alessio Garavello | Andrea Martongelli | Matteo Ballottari | Matteo Galbier | Paolo Perazzani |
| [5] | Alessio Garavello | Andrea Martongelli | Matteo Galbier | Paolo Perazzani | |
| [6] | Fabio Dessi | Andrea Martongelli | Damiano Perazzini | Corrado Rontani | |
| [7] | Fabio Dessi | Andrea Martongelli | Damiano Perazzini | Paolo Caridi | |
| [8] | Fabio Dessi | Andrea Martongelli | Damiano Perazzini | Francesco Tresca | |
| [9] | Fabio Dessi | Andrea Martongelli | Giorgio Terenziani | Francesco Tresca | |
Giorgio Terenziani (ex-Killing Touch, ex-Absynth Aura), Paolo Caridi (ex-Killing Touch)
| Rok wydania | Tytuł |
| 1999 | [1] Church Of The Holy Ghost |
| 2001 | [2] The Damned Ship |
| 2003 | [3] Golden Dawn |
| 2005 | [4] Back From The Heat |
| 2008 | [5] Black Society |
| 2010 | [6] Heroes |
| 2012 | [7] We Fight |
| 2014 | [8] Live From Hell (live) |
| 2017 | [9] Blood - Fury - Domination |

