Francuski zespół powstały w 1979 w Grenoble, posiadający swoistą oryginalność grup pochodzących z tego kraju. Pierwszym wokalistą był bębniarz Jo Amore, który zaśpiewał na kasecie "Demo 1981" zawierającej zaledwie jeden utwór Hallucinations Directes. Jo szybko jednak skupił się na perkusji i na drugiej demówce "Maudit Ton Destin", śpiewał już Roland Fontana. Christophe Houpert stanął za mikrofonem dopiero podczas realizacji czterech nagrań na "Demo 1983". Wczesny styl charakteryzowały agresywne kawałki, jakby zdławione mętnym brzmieniem na tle chropowatych gitar. Muzycy zdecydowali się na pełnoprawnym albumie wykonywać utwory po angielsku, a pierwszy rozgłos uzyskali supportując Def Leppard w 1983. Trwający blisko 33 minuty debiut wyrażał fascynację zarówno tradycyjnym europejskim heavy, jak i power/speedem stanowiącym odwzorowanie nagrań ekip z USA czy holenderskiego Martyr. Houpert okazał się dobrym wokalistą o specyficznym głosie i manierze śpiewania z nutką dramatyzmu. Obaj gitarzyści perfekcyjnie ze sobą współpracowali, grając naprzemienne solówki na tle pracującem z dużym wyczuciem sekcji rytmicznej. Krótkim zwartym kawałkom nadano pęd i melodyjność, a otwierający Trust A Crowd posiadał w sobie coś z najlepszych wzorów NWOBHM, choć Nightmare nie należał do zespołów podszywających się pod to zjawisko. Angielska rytmika występowała również w lekko epickim Too Late, a chórki stanowiły mocną stronę łagodniejszego Royal Death. Podana z ogromną lekkością elegancja wzbogacała Drive Down To Hell ze wzniosłym refrenem, a odważnie galopujący The Legend nacierał w amerykańskim stylu. Album był nadzwyczaj równy, bez łzawych ballad i udziwnień, za to pełen wdzięku. Francuzi nie pozowali na twardzieli ani nie upodabniali się do zespołów niemieckich. Żadnej z kompozycji nie można też było nazwać siłową czy toporną. Nie najlepszą stroną płyty było za to brzmienie, jednak metalowe realia początkujących zespołów francuskich były wówczas takie, a nie inne. Późniejsza edycja zawierała cztery bonusy w wersjach francuskojęzycznych (Waiting For The Twilight, Too Late, Royal Death, Lord Of The Sky).
Wkrótce do Nightmare dołączył nowy wokalista Jean-Marie Boix, dysponujący głosem mocniejszym i drapieżniejszym, dominującym zdecydowanie nad pozostałymi instrumentami. Gitary były na [2] jakby przytłumione, tworząc ścianę nieskomplikowanych, ale zgrabnie powiązanych riffów. Również tym razem kwintet serwował dawkę niezłych melodii, w których połączono sposób wyrażania się Iron Maiden z konwencją kapel amerykańskich w rodzaju Liege Lord. Running For The Deal unikał brutalności i prostactwa, prezentując sie w umiarkowanie szybkim tempie. Zresztą cały album do przodu nie pędził, gdyż muzycy świetnie czuli się w kroczących kawałkach w stylu Diamond Crown z ekstatycznym krzykiem Boixa. Let`s Go zawierał chóralne skandowanie tytułu w refrenie i warto było docenić spokój w jakim rozegrano ten prosty utwór. To samo odnosiło się do odrobinę surowszego Judgement Day. Najsłabiej wypadał Prowler In The Night, w którym zabrakło pomysłu na powiązanie nośnego refrenu z przeciętną melodią zwrotek. Duch NWOBHM unosił się nad pełnym rock`n`rollowego wdzięku Princess Of The Rising Sun. Długi jak na ten zespół był romantyczny Invisible World - ponad sześć minut okraszonych łagodnym w wyrazie delikatnym śpiewem i akustycznym wstępem. Osiagnięto ostatecznie brzmienie z ostrzejszymi gitarami niż na debiucie, które nadal miękko grały w czasie dłuższych wybrzmiewań. Zdecydowanie za cicho była za to sekcja rytmiczna. Krążek cechowały doskonale pomyślane melodie, elegancja wykonania oraz wokalista z wyższej półki. Płyta ustaliła wysoką pozycję Nightmare na scenie francuskiej, a jej kompaktowa reedycja z 1999 zawierała sześć bonusów z koncertu w Grenoble 22 lutego 1985. Potem grupie się nie wiodło - wpierw pechowo zdecydowano się na zmianę wytwórni z Ebony Records na francuską Dream Records, która szybko popadła w kłopoty finansowe, co opóźniło nagranie planowanego trzeciego albumu. Jean-Marie Boix przeszedł do Bronx (zmarł 19 kwietnia 1999 po ciężkiej chorobie). Próba zastąpienia go Tomem Jacksonem (przewinął się przez Praying Mantis) nie przyniosła efektu i zespół uległ rozwiązaniu w 1987.
Reaktywacja nastąpiła w 1999, a Joe Amore wyszedł zza perkusji, aby stanąć za mikrofonem. [3] poświęcono pamięci Boixa. Na [5] grupa nie zdecydowała się na odtwarzanie stylu z lat 80-tych i postanowiła zagrać coś innego, nietypowego i hybrydowego. W efekcie powstała płyta stanowiąca wysmakowane połączenie heavy/power i metalu symfonicznego. To co związane było z heavy/power pozbawiono niemieckiej toporności, a co to symfoniczne nie przybierało postaci klawiszową fontanny włoskiego fantasy power. Francuzi poniekąd wypracowali tu własny styl - porównywalny do Adagio, ale bez ciągot progresywnych. Joe Amore zaśpiewał głębokim i zadziornym głosem, a wsparły go wysokiej klasy chórki wykonane przez zaproszonych gości. W tytułowym Cosmovision fenomenalną melodię wsparto symfonicznymi wstawkami o wysmakowanej formie - momentalnie słuchacz odnosił wrażenie obcowania z muzyką swoistą i niepowtarzalną, o specyficznym heroicznym klimacie, ale na pewno nie w stylistyce rycerskiej. To była raczej epicka poetyka, która obejmowała we władanie także Corridors Of Knowledge oraz Spirits Of The Sunset. Muzycy budowali następnie niepokojący klimat w wolniejszym The Church, w którym heavy/power dominował, a nośny miarowy refren przypominał najlepsze kompozycje Dio. Ta dziwna atmosfera powracała w Necropolis, co podkreślały dodatkowo symfonizacje i chóry. Dynamiczne powermetalowe Kill For The New Messiah czy Last Flight To Sirius posiadały z kolei te cechy, które stały tak niebawem rozpoznawalne dla francuskiego progresywnego power - eleganckie budowanie melodii, nacisk na dramatyzm w refrenie i starannie dobrana gitarowa solówka. Zakończenie natomiast odrobinę rozczarowywało i Riddle In The Ocean pomimo ciekawego refrenu miał za mało dynamiki - mógłby być wolniejszy i bardziej uroczysty. Także chórki tym razem były nie tak ciekawe jak we wcześniejszych utworach, choć samo powiązanie planu drugiego z pierwszym było najlepsze na całej płycie. Za orkiestracje odpowiadali Norweg Terje Refsnes i Francuz Stéphane Rabilloud - bez przesytu, z umiarem w wolnych od gitar miejscach te frapujące ornamentacje zazwyczaj się pojawiały. Dopieszczona produkcja to zasługa norweskiego mixu Refsnesa i niemieckiego masteringu Ulfa Horbelta - soczyste brzmienie, rozpoznawalne, przejrzyste w planach dalszych i mocne w ostrych gitarach.
N [7] ekipa zaprezentowała coś więcej niż klasyczny heavy/power o brzmieniu zbliżonym do niemieckiego Symphorce. Czymś znacznie głębszym przecież był genialny w swoim dramatyzmie i aranżacji K141 o modern odcieniu. Ta masywna płyta była wieloplanowa mimo dominacji gitar i kryła wiele niespodzianek. Magiczny monumentalizm roztaczał A Taste Of Armageddon, natomiast nowocześnie podana drapieżność w epickim stylu stanowiła fundament Temple Of Tears czy Messenger Of Faith o pewnych cechach chłodnego i dusznego progresywnego metalu. Jeśli coś zostało z [6] to na pewno najbardziej w Secret Rules oraz Paranormal Magnitude 2. Amore śpiewał przekonująco i te numery to przykłady wybornego melodyjnego heavy/power, w jakimś stopniu proroczego dla rozwoju tego podgatunku dekadę później. Circle Of The Dark swym mrocznym odcieniem nawiązywał do Dio, z kolei Haunting Memories rozbrzmiewał eterycznie i romantycznie, a zespół podszedł w niebanalny sposób do tej balladowej kompozycji o charakterze podniosłego hymnu. Dwa dłuższe numery miały mistyczny transowy charakter, były posępne i budziły nieustanny niepokój podsycany przez pokręcone klawisze i szaleństwo w głosie Amore. Tak było w The Dressmaker oraz tytułowym The Dominion Gate - kawałkach genialnie rozplanowanych w rozkładzie akcentów i patosu metalowego. W tym drugim wrzucono niespodzianki w postaci wokalu żeńskiego Floor Jansen oraz ciekawej gra gitarzysty Ricky`ego Marxa (ex-Pretty Maids). Ważne na tym albumie były chórki w refrenach, tworzące niezwykłą otoczkę wraz dyskretnym wysmakowanym planem elektronicznym oraz wykorzystaniem harshu Sandera Gommansa z After Forever w kilku utworach. Krążek wyprodukował to po raz kolejny Norweg Terje Refsnes i zrobił także mix, a mastering powierzono znów Patrickowi Liotardowi. Razem stworzyli oni majstersztyk masteringu w opcji jednoczesnego budowania kruszącego planu gitar i delikatnej niemal ambientowej pajęczyny tła. Można się było spierać czy Nightmare zagrali progresywny heavy/power, ale tą progresywność należało rozumieć jako bogactwo pomysłów aranżacyjnych. To album przede wszystkim klimatu, pięknych melodii oraz kunsztu wykonania - miejscami po prostu zadziwiający oraz zachęcający do wielokrotnego z nim obcowania.
Na [8] Francuzi znów zaskoczyli - tym razem uproszczeniem swojej muzyki. Zrezygnowano z mroku i progresywnych elementów na rzecz mocy oraz bardziej heroicznego podejścia do swojej muzyki. Nightmare zaprezentował coś na kształt mixu masywnego powermetalu spod znaku Brainstorm i mocniejszej wersji Astral Doors w utworach wolniejszych o klasycznej metalowej konstrukcji. W przypadku takich kawałków naznaczonych tradycyjnym heavy w rodzaju Nothing Left Behind, Leader Of The Masquerade czyA Thrill Of Death dało się wychwycić, że także ekspresja wokalna Amore zbliżyła się do stylu Nilsa Patricka Johanssona. Kiedy jednak pojawiał się patetyczny dramatyzm jak w dostojnym Queen Of Love & Pain, grupa od razu przekonywała do siebie bardziej. Na wyróżnienie zasługiwał rytmiczny Final Procession, nawet jeśli przypominał nagrania wspomnianego niemieckiego Brainstorm. Ponuro i power/thrashowo było w Wicked White Demon i ten numer był odbiciem amerykańskiej stylistyki w muzyce formacji. Kwintet dewastował w szybkim power/speedowym Battleground For Suicide, osadzonym riffowo w latach 80-tych, z potężnymi atakami gitarzystów, rozległym wokalem i przygniatającym refrenem. Czasem łączono pewne style w nieoczekiwany sposób i coś z melodyjnego thrash/deathu było w Conspiracy, przy czym fragmenty brutalniejsze przyciągały bardziej niż te melodyjne. Do płyty poprzedniej nawiązywał bezpośrednio The Dominion Gate 2 - krótszy niż część pierwsza i w innym jednak klimacie, bardziej epickim i pod Astral Doors. Pierwiastek mroku zaistniał w tym kawałku za sprawą brutalniejszych wokali, zasadniczo jednak utwór stawiał na klasycznie metalowy heroizm, również w nostalgicznej łagodnej części środkowej. Rozczarowujący był za to zamykający album twardy Dawn Of Darkness i tego surowego klimatu nie dało się zbudować jak należy bez planu klawiszowego. Mix wykonali w Szwecji Fredrik Nordström i Henrik Udd. Popełnili ono błąd zbytnio wycofując głos Amore za linię gitar i w sumie całość posiadało jednoplanowe brzmienie, zbliżone do powermetalowych produkcji szwedzkich i niemieckich. Inny wokalista mógłby zaginąć w nawale mocarnych riffów, na szczęście Amore w miarę skutecznie się tu przebijał. Na łatwiznę poszedł też w masteringu Patrick Liotard, stawiając pośrodku sekcję rytmiczną, a gitarom nadając przeciętne brzmienie niemieckie, mało tutaj czarujące. Wkrótce po wydaniu albumu Alex Hilbert przeszedł do Lonewolf.
[9] okazał się najcięższą pozycją w dorobku Nightmare, zdecydowanie idąc w kierunku masywnego i niezbyt skomplikowanego heavy/power z drapieżnym (przeważnie) śpiewem Jo Amore, bezlitosnymi natarciami gitarzystów oraz mniejszym naciskiem na wyrazistość melodii niż poprzednio. Co prawda zagrany w umiarkowanym tempie klimatyczny Eternal Winter był znakomity i przywodził na myśl najlepsze utwory w tym gatunku z dwóch poprzednich płyt, ale już The Gospel Of Judas (zaśpiewał w Fabrice Emmanuelson z Ellipsis) czy Insurrection to granie brutalne i ostre. Zaskakiwał tylko refren kompozycji tytułowej - znacznie łagodniejszy, ale w ostatecznym rozrachunku stanowiący nie kontrapunkt a dysonans. Takie siłowe granie było może ukłonem w stronę publiczności amerykańskiej rozmiłowanej w tego rodzaju power/thrashu, ale Francuzów stać na bardziej pomysłowe i wysublimowane granie. Niestety Legions Of The Rising Sun też zastosowano niemal romantyczny refren i w tak ostrej stylistyce zwrotek nie robił specjalnego wrażenia. Three Miles Island to blisko dziewięć minut zmagania się z posępnymi riffami w stylu Eidolon, ale nie było tu ani Glena Drovera, ani partia ambientowo-instrumentalna jakoś nie chwytała pomimo progresywnych zagrywek. Bez historii przemykał szybki i dosyć ponury Mirrors Of Damnation i serce słuchacza biło mocniej przy zdecydowanie power/thrashowym Decameron z wyśmienitym rozległym refrenem epickim. Był to numer niezwykle trafiony w tej stylistyce, a praca gitarzystów była po prostu hipnotyzująca. Potem trochę heroicznego nudzenia w wolnym tempie Target For Revenge - miejscami mogło to poruszać, ale ogólnie budziło zniecierpliwienie dłużyznami, powtórzeniami i nadmiernie rozdętym patosem refrenem. Heroizm w strawniejszej dawce wykorzystano w melodyjnym heavy/powerowym Angels Of Glass z poetyckim klimatem. W sferze masteringu postawiono na brzmienie modern, z minimalnie rozmytymi głębokimi gitarami i gęstą perkusją. Generalnie powstawało wrażenie, że zasadniczo jeden Brainstorm i jeden Eidolon wystarczy w metalowym świecie. Francuzi okazali się co prawda biegli w graniu takiej muzyki, ale klonowanie innych było poniżej ich poziomu twórczego.
Po zatrudnieniu nowego gitarzysty Matthieu Asselberghsa przystąpiono do prac nad [10]. Najogólniej mówiąc płyta była muzyczną kontynuacją stylu z poprzednika, choć pewnie nastąpiło większe zbliżenie do Brainstorm (Sunrise In Hell, Crimson Empire). Jo Amore siał spustoszenie w The Doomsday Prediction - numerze tyleż ponurym co melodyjnym w części instrumentalnej. Belgijska wokalistka Magali Luyten w trzeciej już części The Dominion Gate wypadł nieźle i ten duet z Amore wypadł smakowicie. Sama kompozycja zdecydowanie udana i godna kontynuacja masywnego klimatycznego heavy/power o epickim odcieniu z poprzednich dwóch części. W drugiej części pojawiały się ciekawe symfoniczne akcenty z orientalnymi motywami. Z całą pewnością ten album nagrano z większym rozmachem niż poprzedni, była to muzyka formalnie bogatsza i to słychać także w heavy/power/thrashowym The Burden Of God i ten utwór nie brzmiał siłowo mimo zmasowanych potężnych gitarowych natarć. Mrok w umiarkowanych tempach generowano tym razem w przekonującym Children Of The Nation - umiejętnie go rozpraszając w poetyckim, uroczystym i patetycznym refrenie. The Preacher w części pierwszej nawiązywał do progresywnych inklinacji zespołu z przeszłości, w drugiej jednak nie wykraczał poza ugładzony styl Brainstorm. Pewnym zaskoczeniem był początku Shattered Hearts, przy czym dalej ciekawie połączono surowsze zagrywki gitarowe z emocjonalnymi partiami i wokalem Amore. Nostalgiczne granie towarzyszyło słuchaczowi także w nowocześnie i progresywnie opracowanym na gitary Final Outcome o pewnych cechach balladowego przeboju. Patrick Liotard tym razem masteringu nie robił, wykonał natomiast mix i zajął się całością produkcji. Mastering wykonał izraelski inżynier dźwięku Maor Appelbaum i w efekcie powstało wrażenie nazbyt rozmytych modern gitar. Krążek lepszy od poprzedniego, jednak zdradzający już pewien brak świeżych pomysłów.
[11] nie zawierał niczego, co mogłoby jakoś przykuć uwagę słuchacza na dłużej. Masywne granie powermetalu gdzieś pomiędzy Brainstorm i późnym Mystic Prophecy z melodiami, które już w różnych konfiguracjach były wcześniej to zawartość tej płyty. Grupa sprawnie powieliła to co grała co najmniej od 2007 i wtórność tego wszystkiego była równa przewidywalności. Zrezygnowano z najcięższych power/thrashowych zagrywek, z mrocznego klimatu zasadniczo też - co prawda posępnego grania było sporo, ale realnego klimatu mało. Przede wszystkim jednak te utwory sprawiały wrażenie bliźniaczo do siebie podobnych. Przy Bringers Of A No Man`s Land wydawało się, że słyszało się wszystko i nawet obiecujący po tytule Necromancer nie dawał ani więcej energii ani interesujących zagrywek. Ogólnie kiedy pojawiał się gdzieś ambientowy wstęp czy partia smyczków, to było więcej zaskoczenia niż zachwytu. Troche harshu Davida Boutarina w dwóch kawałkach, sam Amore śpiewał na przyzwoitym poziome niewiele wnosząc od siebie - jakby już wiedział, że chce odejść. Niegdyś nowatorski pod wieloma względami zespół zagrał mało pomysłowy heavy/power - zachowawczo, bezpiecznie i chyba tylko najbardziej zagorzali fani Nightmare wracali częściej do tego materiału. Wszystko już było i to zagrane lepiej, solówki gitarowe przelatywały beznamitnie jednak za drugą. Odwagi albo inwencji nie starczyło na zaprezentowanie kompozycji dłuższej i rozbudowanej, jakie były zawsze na wcześniejszych albumach. Tym razem mix i mastering wykonał doświadczony duet Jan Vacik-Mario Lochert, ale Lochert to jednak lepszy basista niż inżynier dźwięku. Brzmienie było płaskie i mało soczyste. Formuła się wyczerpała i bracia Amore opuścili grupę w 2015 uważając zapewne, że nagrywanie kolejnego klona poprzednih dokonań nie miało sensu. Ekipa przekształciła się w zespół z kręgu Female Fronted Metal z Magali Luyten za mikrofonem.
Jean-Christophe Lefevre powołał do życia heavymetalowy J.C.Jess i nagrał z nim Matter In Your Hand w 2007, Wake Of The Dead 2008 i EP-kę Extra-Time w 2010. Jo Amore stawał za mikrofonem w Now Or Never, Öblivion, Kingcrown i A&More. Yves Campion grał w Archon Angel.

ALBUM ŚPIEW GITARA GITARA BAS PERKUSJA
[1] Christophe Houpert Nicolas De Dominicis Jean Strippoli Yves Campion Jo Amore
[2] Jean-Marie Boix Nicolas De Dominicis Jean Strippoli Yves Campion Jo Amore
[3-5] Jo Amore Nicolas De Dominicis Jean Strippoli Yves Campion David Amore
[6] Jo Amore Nicolas De Dominicis Alex Hilbert Yves Campion David Amore
[7-8] Jo Amore Franck Milleliri Alex Hilbert Yves Campion David Amore
[9] Jo Amore Franck Milleliri Jean-Christophe Lefevre Yves Campion David Amore
[10-11] Jo Amore Franck Milleliri Matt Asselberghs Yves Campion David Amore
[12] Magali Luyten Franck Milleliri Matt Asselberghs Yves Campion Olivier Casula
[13] Marianne `Madie` Dien Franck Milleliri Matt Asselberghs Yves Campion Niels Quiais
[14] Barbara Mogore Franck Milleliri Matt Asselberghs Yves Campion Niels Quiais


Rok wydania Tytuł TOP
1984 [1] Waiting For The Twilight
1985 [2] Power Of The Universe
1999 [3] Astral Deliverance EP
2000 [4] Live Deliverance (live)
2001 [5] Cosmovision
2003 [6] Silent Room
2005 [7] The Dominion Gate #17
2007 [8] Genetic Disorder
2009 [9] Insurrection
2012 [10] The Burden Of God
2014 [11] The Aftermath
2016 [12] Dead Sun
2020 [13] Aeternam
2024 [14] Encrypted

          

          

  

Powrót do spisu treści