
Szwedzka grupa założona w 1989 w Finspang przez Dana Swanö (ur. 10 marca 1973). W tym samym roku zrozprowadziła demówkę "Euthanasia", a kolejny rok przyniósł kolejne trzy taśmy: "Kur-Nu-Gi-A", "The Dead" oraz "The Immortal Rehearsals". Debiut zawierał typowy death metal - co ciekawe brzmiący mało szwedzko i nie mający zbyt wielu punktów wspólnych z debiutującymi w tym samym czasie Entombed, Grave, Dimember czy Unleashed. Tej płycie - z trzymaniem się szybkich choć pozbawionych blastów temp, sporą dawką piłujących riffów i brakiem solówek - było bliżej do propozycji holenderskich Sinister i Gorefest czy angielskich Bolt Thrower i Benediction. Poza okazjonalnymi wstawkami klawiszy nic tu nie zaskakiwało, a sam Swanö nie śpiewał jeszcze swoim charakterystycznym niskim głosem, stawiając na growling, w wielu miejscach niezrozumiały i niedopracowany, próbujący się przebić przez warstwę instrumentalną. Całość tworzyła mieszankę fragmentów szybszych i wolniejszych, skomponowanych trochę bez ładu i składu na zasadzie przypadkowości. Olbrzymim minusem rzutującym na odbiór całości była produkcja - Rex Gislen w sztokholmskich studiu ewidentnie się od niej nie przyłożył, czego efektem były pojawiające się w zupełnie nieprzewidzianych momentach wyciszenia bądź pogłośnienia muzyki. Najmocniej w pamięci zapadał otwierający Tales..., który był zresztą jedynym utworem nie mającym swojego odpowiednika na wcześniejszych demówkach. Skondensowana w nim mieszanka zapadającej w pamięci melodyjności z deathowym motorycznym czadem i okazjonalnymi zwolnieniami mogła robić wrażenie, wskazując w którym kierunku powinna podążyć twórczość Szwedów w przyszłości. Także zamykający krążek wolniejszy Immortal Souls posiadał w sobie zalążki dobrej kompozycji, jednak tak jak w przypadku większości pozostałych kawałków, nie udało się tego za bardzo przekuć w wysoką jakość. W zasadzie największym atutem albumu była jego kapitalna okładka autorstwa Lennarta Lindberga ukazująca piękny atmosferyczny widok chmur z samolotu.
Muzycy postanowili poeksperymentować z metalem ekstremalnym inkorporując do swojej twórczości elementy rocka progresywnego oraz melodyjniejszego grania, co zainspirowało nurt nazwany później na siłę New Wave Of Swedish Death Metal. Preludium na nowo obranej drodze stanowił [2] ze znakomitym wielowątkowym utworem Enigma - dowodem, że death mógł wykraczać poza bariery zwykłego hałasu. Na tej płycie ekipa nie tylko wykonała duży krok do przodu w kwestii jakości pisanej muzyki, ale też zdefiniowała swój oryginalny styl, w którym, mimo różnorakich poszukiwań i zawirowań personalnych, miała tworzyć aż do zakończenia działalności. To był ponad 57 minutowy długi krążek i w zasadzie to była największa jego wada - szczególnie niektóre utwory z drugiej części albumu można by spokojnie usunąć bez szkody dla całości. Na początek atakował niesamowity siedmiominutowy Enigma - pierwsza prawdziwie progresywna kompozycja w dorobku zespołu, pełna niesamowitych przeplatanek i fragmentów nastrojowych z wściekłym death metalem. Krótki intensywny Incipience To The Butchery to przeciwieństwo poprzedniego numeru. Zestaw kolejnych pięciu kawałków to coś pośredniego pomiędzy obydwoma skrajnościami i najlepsza albumowa wizytówka ambitnego death metalu z robiącymi wrażenie przejściami między wolnym graniem i wściekłością deathu. Równowaga między tymi czynnikami niestety słyszalnie była zaburzana na poziomie A Curfew For The Damned, trwając również przez kolejne dwa utwory, w których zespół za mocno skupił się na brutalności i wściekłości. Sporym nieporozumieniem był instrumentalny Requiscon By Pace, który jako akustyczna miniatura prezentował się mizernie, pokazując spory brak umiejętności instrumentalnych gitarzysty Andreasa Axelssona. Złe wrażenie szybko jednak mijało za sprawą kolejnego agresywnego kawałka Dead By Dreaming. Największym zaskoczeniem był finalny When All Is Said, który za sprawą leniwego tempa, posępnego nastroju, klawiszy i wiolonczeli,
Edge Of Sanity położyli solidne fundamenty pod eksperymenty i zwroty stylistyki na kolejnych wydawnictwach.
Przełomowy charakter miał również [3], nagrany w czteroosobowym składzie bez udziału basisty Andersa Lindberga, który w tym czasie odbywał służbę wojskową. Album przejawiał fascynacje innymi konwencjami, czego przykładami były klasycznie gotycki Sacrificed (specyficzny hołd dla The Sisters Of Mercy) czy eksperymentalny hardcore`owy Feedin` The Charlatan. Zamiast skomplikowanych aranżacji, uskrzydlających solówek czy wirtuozerii, Edge Of Sanity zaserwowali potężną porcję energii obok której nie można było przejść obojętnie. W obrębie pozostałych deathmetalowych numerów pojawiało się też sporo wtrętów z jednej strony o charakterze progresywnym z melodyjnymi partiami gitar, z drugiej doommowym, w których dominował spory ciężar gatunkowy, co przypomina twórczość angielskich zespołów w rodzaju Paradise Lost czy My Dying Bride. Nawet najbardziej ekstremalne utwory wyraźnie zyskały na chwytliwości i melodyjności. W wielu miejscach Dana wspierał wokalnie gitarzysta Andreas Axelsson, którego skrzek nadawał muzyce lekko blackowy posmak. Niespodzianką był wgniatający w fotel cover Manowar Blood Of My Enemies, lecz najlepiej prezentował się On The Other Side z monumentalnymi zwolnieniami i zawartym w finale progresywnym graniem z czystym śpiewem Dana i puentującą utwór solówką. Na zakończenie pojawiało się stonowane outro, w którym główną rolę odgrywały kojące zmysły atmosferyczne klawisze Dana, wspomagane od czasu do czasu gitarą akustyczną. Na tej płycie Edge Of Sanity po raz pierwszy tak wyraźnie odróżnił się od deathmetalowej konkurencji, tworząc oryginalną i bardzo melodyjną odmianę gatunku, której echa miały się przewijać w kolejnych latach w wielu ekstremalnych zespołach, tworzonych przez Dana Swanö. Teksty zlewały się w obraz człowieka samotnego i zagubionego, rozdartego wewnętrznie i skonfliktowanego z otaczającą go rzeczywistością.
[4] nie zrobił furory w swoim czasie, ale w przyszłości miał stać się ogromną inspiracją dla In Flames, Soilwork czy Dark Tranquillity. Na albumie ciężko było znaleźć słaby moment. Już pierwszy utwór Twilight doskonale łącząc kontrast łagodności i deathmetalowego ciężaru. Zachwycał też Black Tears, nacechowany niesamowitą melodią i czystymi wokalami. Z kolei Of Darksome Origin i Silent prezentowały kapelę od strony bardziej zdecydowanej i bezkompromisowej. Prawdziwą ozdobą tej płyty były jednak melodie - miejscami chwytliwe i przyjemne, innym razem posępne i mroczne. W dalszym ciągu Szwedom nie było obce sięganie po dźwięki wywodzące się z metalu i rocka progresywnegom a także flirty z popularnymi wówczas groove (Helmet, Pantera, Machine Head) i hardcore`m. Największym eksperymentem był poświęcony pamięci Kurta Cobaina z Nirvany Song Of Sirens z industrialnymi naleciałościami w stylu Godflesh i Scorn. Pomimo zapowiedzi odcięcia się od estetyki [3], zespół de facto nagrał kontynuację tego albumu w dużo szybszej i bardziej melodyjnej fomule, zapowiadającej zbliżającą się falę zespołów z kręgu melodyjnego deathu, która miała się przetoczyć przez Skandynawię w drugiej połowie lat 90-ych.
Punktem zwrotnym w karierze kwintetu było wydanie [5], zawierającego zaledwie jeden kawałek tytułowy trwający dokładnie 40 minut. Był to concept album, na którym muzyka zmieniała swoje tempa i rytmikę jak w kalejdoskopie, sięgając mocno do elementów progresywnych i w umiejętny sposób umieszczając je w konwencji death metalu. Porzucono naturalnie tradycyjny schemat zwrotka-refren - poza masywnym death metalem wrzucono fragmenty skoczne i żywiołowe, z dołożonym do nich niskim niby-gotyckim śpiewem Dana. Z jego nowym projektem Nightingale kojarzyła się spora dawka momentów nastrojowych i klimatycznych, fortepianem i klawiszami, ciągnącymi cały krążek w kierunku mocno progresywnym. Wykorzystano awangardowe wstawki rytmiczno-brzmieniowe z częstymi przeskokami motywów, podobne do patentów stosowanych na płytach Pan-Thy-Monium, ale największe wrażenie robiły dwie ultra-wolne doomowe wstawki z grobowym niskim wokalem Dana, żywcem wyjętym z debiutu Godsend As The Shadows Fall. Pod względem wokalnym ten album stanowił prawdziwy popis talentu lidera - zarówno w wyrazistym growlingu, jak i szerokiej palecie czystego śpiewu. Nowinkami były techniczne partie solowe, w których można odnaleźć wpływy zarówno wydanego rok wcześniej Symbolic Death, jak i zdobywających w tym samym czasie coraz większą popularność krążków In Flames czy Dark Tranquility. Pomimo sporych ambicji i sporej ilości wątków całościowo płyta nie przerastała możliwości percepcyjnych słuchacza. Płytę skomponowano ze sporą chwytliwością poszczególnych wątków, ale też ich powtarzania co pewien czas. Ostatecznie [5] okazał się absolutnym szczytem w twórczości Edge Of Sanity - tutaj muzycy pokazali wszystkie swoje talenty w tworzeniu ambitnej i jednocześnie melodyjnej muzyki, przy okazji wywierając wpływ na kapele w rodzaju Green Carnation.
Łabędzi śpiew pierwszego składu stanowił [6], zawierający zróżnicowany materiał. Udany krążek jeszcze raz utwierdził Swanö o jego własnej wartości. Od tamtego czasu postanowił on się udzielać w dziesiątkach własnych i cudzych projektów, na jakiś czas rezygnując z Edge Of Sanity. Axelsson starał się podtrzymać egzystencję zespołu, zatrudniając nowego wokalistę Roberta Karlssona, jednak fani nie zaakceptowali nowego oblicza zaprezentowanego na [7]. Okazało się, że poza brzmieniem to właśnie wokal Dana był tym elementem, który nadawał muzyce zespołu swoistego uroku. Po siedmiu latach przerwy Swanö zdecydował się na ryzykowny krok. Nie dość, że wskrzesił Edge Of Sanity, to postanowił przy udziale muzyków sesyjnych nagrać kontynuację sławnego [5]. Wbrew obawom fanów i złośliwości fanatycznych wrogów, krążek oferował porcję interesujących dźwięków. Materiał nie trącił banalnością, nie było mowy o archaicznym brzmieniu czy odgrzewaniu znanych patentów. Do muzyki znów przedarły się progresywne wątki charakterystyczne choćby dla Nightingale. Był to udany powrót na muzyczną scenę i jednocześnie mistrzowskie podsumowanie pewnego etapu w życiorysie muzyka. Ciężar, agresja i niebanalne melodie idealnie przystosowano do wymogów współczesności, choć brakowało pewnej dozy epickiego charakteru i nowych żywiołowych pomysłów. Na płycie kilka solówek zagrali Mike Wead (m.in. Mercyful Fate) oraz Simon Johansson z Memory Garden.
Dyskografię uzupełnia wydana w 2012 kompilacyjna EP-ka Kur-Nu-Gi-A 2012, zawierająca zremixowaną i zremasterowaną demówkę z 1990 wraz z trzema bonusami: koncertowymi wersjami Decepted By The Cross i Immortal Souls, jak również zelektronizowanym Maze Of Existence. Można się także zaopatrzyć w dwupłytową składankę When All Is Said: The Best Of Edge Of Sanity z października 2006, jak również dwupłytowy [9] z różnorakimi wersjami dem. Dan Swanö udzielał się w wielu projektach, a najsłynniejsze z nich to: Pan-Thy-Monium, Godsend (oba z Larssonem), Nightingale, Bloodbath oraz Witherscape. Muzyk wydał też album solowy. Benny Larsson grał w Ophthalamii, a Andreas Axelsson w Marduk i Infestdead (kolejny projekt Swanö).
| ALBUM | ŚPIEW | GITARA | GITARA | BAS | PERKUSJA |
| [1-2] | Dan Swanö | Sami Nerberg | Andreas `Dread` Axelsson | Anders Lindberg | Benny Larsson |
| [3] | Dan Swanö | Sami Nerberg | Andreas `Dread` Axelsson | Benny Larsson | |
| [4-5] | Dan Swanö | Sami Nerberg | Andreas `Dread` Axelsson | Anders Lindberg | Benny Larsson |
| [6] | Dan Swanö | Andreas `Dread` Axelsson | Anders Lindberg | Benny Larsson | |
| [7] | Robert Karlsson | Sami Nerberg | Andreas `Dread` Axelsson | Anders Lindberg | Benny Larsson |
| [8] | Dan Swanö | ||||
Dan Swanö (ex-Brejn Dedd), Robert Karlsson (Pan-Thy-Monium)
| Rok wydania | Tytuł |
| 1991 | [1] Nothing But Death Remains |
| 1992 | [2] Unorthodox |
| 1993 | [3] The Spectral Sorrows |
| 1994 | [4] Purgatory Afterglow |
| 1996 | [5] Crimson |
| 1997 | [6] Infernal |
| 1997 | [7] Cryptic |
| 2003 | [8] Crimson 2 |
| 2025 | [9] Elegy: Chapter 1 (kompilacja / 2 CD) |

