Norweska grupa założona w 1991 w Haugesund na gruzach formacji Phobia. Zespół zadebiutował w grudniu 1991 demówką "Nema", a następnie w 1992 kolejną taśmą "Yggdrasill", które była stylistycznym hołdem dla Slayer, Celtic Frost i Sodom. Muzyka Enslaved przesycona była od początku nordyckim duchem, a dotyczące czasów wikingów teksty wykonano po islandzku (języku najbardziej zbliżonym do staronorweskiego). Wydana w maju 1993 EP-ka zaweirała trzy długie (oscylujące w okolicach 10 minut) nagrania, prezentujące norweski black w jego najbardziej klasycznym brzmieniu. Wczesny Enslaved stylem i sposobem gry nie odbiegał zbytnio od innych rodzimych grup, lokując się gdzieś pomiędzy bogactwem aranżacyjnym Emperor a surowością Dartkthrone i Immortal, dodając do tego pewną epickość Bathory ery Hammerheart. Blackowy charakter muzyki Enslaved to przede wszystkim zasługa prostej szybkiej gry gitar, tworzących ścianę dźwięku i jedynie od czasu do czasu wchodzących w jakieś techniczne zagrywki. Ivar Björnson starał się urozmaicać swoją grą serwując od czasu do czasu melodyjne solówki czy też piłujące thrashowe riffy. Klasycznie blackowe były też wysoki skrzek Kjelssona, a także gra perkusisty Tryma Torsona, łupiącego ultraszybkie nawalanki i blasty. Także brzmienie prezentowało się mocno oldschollowo i surowo, choć jednocześnie dość wyraziście. Smaczkami były bogate i różnorodne partie klawiszy - w jednych miejscach mroczne, w innych tworzące klimatyczne pejzaże, a w jeszcze innych odwołujące się do klasycznie rockowych brzmień (choćby poprzez wykorzystanie partii stylizowanych na organy Hammonda). W wielu momentach pojawiały się także jak na albumach Bathory nakładki gitar akustycznych na elektryczne. W muzyce działo się sporo, a poszczególne tematy tworzyły większą logiczną całość. Nie było mowy jedynie o jednostajnej łupance, oprócz momentów bardzo szybkich i agresywnych, pojawiało się sporo grania utrzymanego w średnim tempie, a także kilka monumentalnych zwolnień. Największe wrażenie robił otwierający ponad 13-minutowy Slaget I Skogen Bortenfor, w którym bezkompromisowa blackmetalowa jazda przeplatała się z klimatycznymi wstawkami gitar akustycznych, czystymi deklamowanymi wokalami i melodyjną gitarową solówką. Allfodr Odinn to już Enslaved mniej żywiołowy, a bardziej poukładany, z aranżacjami na kształt rozbudowanych struktur zwrotkowo-refrenowych z urozmaiceniami, okresową dominacją w nich klawiszy, poruszający się w średnich tempach i jedynie od czasu do czasu wchodzący w szybkie galopady. Do Balfor niestety wkradły się lekkie dłużyzny. Jak na profesjonalny debiut, [1] robił dobre wrażenie, w niczym nie ustępując pozycjom wydawanym w pierwszej połowie lat 90-ych przez inne norweskie kapele. W nieco ponad pół godzinie muzyki, zespołowi udało się zawrzeć kilka ciekawych pomysłów, które mimo programowej dla tego wydawnictwa surowości, zdradzały spory potencjał i ambicje.
EP-ka Enslaved ukazała się w samym szczycie boomu na norweski black metal. [2] szedł za tym ciosem i zawierał szybkie gitarowe granie z częstymi melodyjnymi tremolami i riffami tworzącymi ścianę dźwięku. Tempa oscylowały w rejonach szybkich i bardzo szybkich, z blastami Tryma plus rejony marszowe, zahaczające momentami wręcz o doom. Muzycy sprawnie radzili sobie ze zmianami klimatu i temp. Najwolniejsze kompozycje wrzucono na początek i koniec albumu, a pomiędzy nimi zawarto ostrzejsze strzały. Klasycznie blackowy był wściekły skrzek Kjellsona i tylko czasami raczył słuchacza spokojniejszymi deklamowanymi partiami. Klimat płyty w sposób jednoznaczny kojarzył się z lodowatą północą Europy, do czego przyczyniały się teksty w języku norweskim i opiewające chwalebną przeszłość czasów Wikingów. Typowym elementem stylu Enslaved zostały bogate aranżacje klawiszowe Björnsona, które co prawda stanowiły tylko dodatek do surowej gitarowej podstawy, jednak na tyle istotnym, że to właśnie na nich skupiała się głównie uwaga słuchacza. Klawisze grały zróżnicowanie, kierując się zarówno w stronę zimnych pejzaży, symfonicznych orkiestracji, nowoczesnych wstawek ale też pseudo-odwołań do progresywnej tradycji lat 70-ych. W grę gitar wpleciono sporo technicznych riffów, melodyjnych solówek i wychodzącego na pierwszy plan basu. Pod tym względem Enslaved był podobny do Darkthrone, jakby jednocześnie poskramiając swe zdolności, by brzmiec skromnie. Na album trafiło jedynie pięć utworów, z których aż cztery przekraczało 10 minut, a mimo to w żadnym momencie nie brzmiały przekombinowanie. Muzykę Enslaved zaczął cechować monumentalizm, w sposób bezpośredni kontynuujący spuściznę muzyczną Bathory z Blood Fire Death. Na tle norweskiej konkurencji krążek wyróżniał się też brzmieniem, które wprawdzie zostało stworzone w słynnym Grieghallen Studio w Bergen, jednak mimo typowej blackowej surowości było jednocześnie dość czyste i wyraziste. Na początek Lifandi Liv Undir Hamri - długi epicki numer, w którym szczególnie wyróżniały się lodowate klawiszeoraz skrzeczący dość nisko (na lekko immortalowsą" modłę) Grutle Kjellson. Vetrarnott to najbardziej klasycznie blackowa kompozycja, utrzymana w większości w szybkim tempie, od czasu do czasu urozmaicana zarówno zwolnieniami i przyśpieszaniami, prowadząc do ultraszybkiego blastowania z klasycznym tremolem. Midgards Eldar to przeplatanka szybkiej nawalanki z kilkoma zwolnieniami o podniosłym charakterze, które w największym stopniu decydowały o wartości tego utworu. Muzycy zawarli tutaj klimatyczne interludia z gitarami akustycznymi, stylizacjami klawiszy na grę rogów myśliwskich oraz efektów specjalnych w postaci wycia wiatru. Najbardziej bezkompromisowy był najkrótszy w zestawie Heimdallr, w większości utrzymany w ultraszybkim tempie z dodatkiem kakafonicznych solówek i popisów solowych na basie. Najciekawszy był ostatni bardzo wolny Norvegr, który swoją konstrukcją i tempem przypominał kawałki Burzum. Utwór zbudowano na jednym bujającym motywie wokół którego została zbudowana bogata oprawa aranżacyjna gitar akustycznych, pianina, klawiszowych pejzaży i melodyjnych solówek. Fakt, że dzisiaj tego albumu nie wymienia się jednym tchem z najlepszymi dokonaniami konkurencji był po części dziełem przypadku, a po części winą samych muzyków, którzy zamiast dać płycie osiągnąć należyty status wśród fanów, jeszcze w tym samym 1994 wydali kolejny album - słabszy i odmienny muzycznie, ale mający większy wpływ na późniejszą twórczość i ewolucję muzyczną Enslaved. Szkoda, gdyż [2] zawierał momenty wysokich umiejętności kompozytorskich liderów Enslaved u zarania ich kariery.


Od lewej: Trym Torson, Kjetil Grutle Kjellson, Ivar Björnson

Minęło sześć miesięcy i francuska wytwórnia Osmose Productions wydała [3]. Szybko okazało się, że trafiły tu numery, które z różnych powodów nie zmieściły się na album poprzedni. Materiał przynosił bardziej urozmaiconą muzykę, mieszczącą się jednak w blackowych kanonach. Tej tradycyjnej łupaniny było nawet więcej, a oparto ją na tworzącej ścianę dźwięku grze gitar, karabinowych kanonadach perkusyjnych z bogatym używaniem blastów oraz wściekłym wysokim skrzeku Kjellsona. Na takiej surowej stylistyce - okazjonalnie jedynie wzbogacanej jakimś zwolnieniem czy klimatyczną wstawką - zbudowano trzy najkrótsze agresywne kompozycje (Loke, Jotunblod, Wotan). Enslaved był po prostu wówczas zapatrzony w podobne dokonania Darkthrone czy Immortal, różniąc się od konkurencji jedynie większym zaawansowaniem technicznym i ciągotami do kombinowania. Wrzucono tu ponadto pierwsze nieśmiałe melodyjne zagrywki, wyraziste partie solowe basu w stylu Voivod oraz połamaną perkusyjną rytmikę. Na całe szczęście nie zapomniano też o klimatycznej odsłonie muzyki, która została rozwinięta w najdłuższych kawałkach, dodatkowo wzbogacając twórczość o elementy wcześniej nie prezentowane, jak długie stonowane wstawki na gitarach akustycznych i klawiszach czy czyste chóralne śpiewy. Te elementy mocno skierowały płytę w rejony viking metalowe, do popularyzacji którego to gatunku [3] ewidentnie się przyczynił. Dużym mankamentem była słaba produkcja, z której wyeliminowano ciężar i przestrzenność, pozostawiając spłaszczone jednowymiarowe dźwięki. Najdłużej uwagę przykuwały utwory najdłuższe w stylu płyty poprzedniej: rozbudowany i utrzymany w większości w średnim tempie Svarte Vidder oraz zamykający całość Isoders Dronning - momentami wyjątkowo spokojny i klimatyczny (z bogatym wykorzystaniem gitar akustycznych, czystych wokali i klimatycznych klawiszy. Stadium pośrednie stanowił marszowy Gylfaginning - zwrotko-refrenowy numer z chwytliwymi partiami chóru w refrenach, przypominającymi te z Bathory. Ambitny Fenris rozwijał się od spokojnej introdukcji przez utrzymaną w średnim tempie pierwszą połowę aż po ultraszybką galopadę go kończącą. Kompletnym zaskoczeniem był odmieniec w postaci folkowego Yggdrasil w całości zaśpiewanego przez Kjellsona czystym głosem i opartego na gitarowo-klawiszowym plumkaniu z dodatkiem brzmienia basu bezprogowego, obsługiwanego przez producenta płyty Ericha Hundvina. Ten utwór z pewnością błyskawicznie przenosił słuchacza nad krawędź norweskich fiordów. Krążek na kilka kolejnych lat zdefiniował styl, w którym miała się obracać muzyka Enslaved. Ten raczkujący viking metal jednakże wypadł słabiej w porównaniu z blackmetalowym debiutem. Dodatkowo ta mieszanka klasycznego blacku z wpływami nordyckimi nie robi dziś aż takiego wrażenia jak o wiele bardziej klimatyczna twórczość Falkenbach choćby. [4] zawierał nagrania z demówki "Yggdrasil" z 1992 oraz cztery utwory zespołu Satyricon.
Bardziej spodobał się fanom eksperymentalny [5] - album o specyficznym wydźwięku. Osiągnięto to dzięki różnym dźwiękom słyszanym jakby z oddali, dających poczucie wielkiej przestrzeni, a także instrumentalnów wtrętów w stylu plusku płynącego drakkaru czy głosu starca w For Lenge Siden (opowiadającego o swoich wyprawach sprzed lat). To również świetny czysty wokal i męskie chóry, które wyśpiewywały wikińskie hymny w języku norweskim. Kawałki przeważnie rozpoczynały się w średnio-wolnych tempach, by przechodzić do blackmetalowych akordów. Lekko pokręcone przejścia aranżacyjne, klimatyczne wstawki i blackowy głos Kjellsona sprawiły, że krążek był ogniwem łączącym typowo black/viking metalową twórczość zespołu z tą progresywną działalnością w przyszłości. Nie można zapomnieć o 793 (Slaget Om Lindisfarne) - otwierającym płytę ponad 16-minutowym kolosie, który później uznano za jeden z hymnów viking metalu, dzięki niesamowitej monumentalności, klimatowi, przesłaniu i różnorodności. Można było się przyczepić jedynie do nie najlepszej produkcji, w niektórych utworach występował wręcz nieprzyjemny pogłos. Podobnie było z wokalami - czasem mało słyszalnymi, czasami za bardzo wybijającymi się do przodu. W wywiadach muzycy podkreślali, że próbowali śladów zachowanej wikińskiej muzyki doszukać się na wszelkie sposoby w celu rzetelnego czerpania ich do własnej twórczości. Kiedy pomimo starań ich nie znaleźli uznali, że przy postawieniu na granie średniowiecznie będą się oszukiwać (i fanów), dlatego też granie Enslaved zamiast wprost nawiązywać do muzyki ery Wikingów, było raczej próbą kreacji atmosfery tamtych czasów.
[6] był albumem szybkim, bezprecedensowym i czysto blackowym. Opętańcze tempa, przerywane, nielicznymi melodyjnymi zwolnieniami, taranowały muzyczne kanony, wyciskając z blacku to co najlepsze. Przez głośniki przewalała się nawałnica przerywana nielicznymi chwilami w postaci skąpych rytmicznych zwolnień i głębokiego męskiego chóru. Niektórzy zarzucili tej muzyce jednowymiarowość i faktycznie większość kawałków była zbyt podobna do siebie. Wydawnictwo mogło jednak porwać swoją surowością i nieokiełznaniem. [7] był koktajlem stylów mogącym odrzucić niejednego wytrawnego słuchacza. Album był niewyobrażalnie ciężki, brudny i surowy. Przeważał tu techniczny death, a blackowe przyspieszenia zagrano w sposób niesłychanie prosty. Blackowy skrzek, czyste wokalizy i męskie chórki dość nieciekawie wypadły w formie końcowej w całym tym pejzażu połamanych dźwięków. Nawet przy akceptacji tej niecodziennej ekspresji, tylko w niektórych momentach przekuto kombinacje w intrygującą pomysłowość.
[8] zawierał momentami, prosty i szybki "wyziew z metalowej otchłani", przekształcający się w ciężke deathowe zagrywki. Przykładem takiego grania był przytłaczający The Cromlech Gate. Zróżnicowanie tej płyty naprawdę robiło wrażenie. Z jednej strony muzyka nawiązywała do blacku z wcześniejszej twórczości zespołu, co najbardziej uwidaczniało się w liniach wokalnych (skrzek i niskotonowy growling), ale pojawiał się także czysty i nieco paranoiczny wokal, nadawający choćby wolnemu Hollow Inside tajemniczego klimatu. Powoli granie progresywne wchodziło do twórczości Enslaved. Album był urozmaicony, z marszowymi tempami przeplatającymi się z blackową prędkością. Znalazło się nawet miejsce na heavymetalowe riffy w Vision: Sphere Of The Elements. Od tego momentu każde następne wydawnictwo formacji było coraz bardziej eksperymentalne. Na [9] zwracało uwagę zastosowane przez zespół kombinacji muzycznych i ekspresji aranżacyjnych. Enslaved poszli w kierunku kombinacyjnej progresji. Rytmiczne, marszowe, toporne, a czasem nawet jednostajne dźwięki gitary mieszały się z połamaną grą usianą zawiłymi solówkami. Całość posiadała naturalnie echo blackowego grania - było ono teraz jednak tylko bazą do grania kombinowanego. W niektórych kawałkach zawarto ambientowe motywy stanowiące wyciszony podkład do właściwej muzyki. Swój popis dał Gruntle Kjelsson - od czystego śpiewu (Havenless), po skrzek i ściskający "w dołku" growl. Krążek nie został jednak ciepło przyjęty przez fanów i krytykę. Był zbyt zawiły i trudny w odbiorze, muzyka wydawała się przekombinowana i niespójna. Warto wspomnieć, że w Lunar Force gościnnie zaśpiewał Abbath (lider Immortal), a w Ascension i Bounded By Allegiance - Nocturno Culto, znany z Darkthrone.
Muzycy jednak nie zrazili się negatywnymi opiniami i dalej kontynuowali swoją podróż w rejony progresywnego blacku. Tytuł [10] oznaczał runę pochodzącą z alfabetu starogermańskiego zwanego Futhark. Isa oznaczała antymaterię, wieczny lód pochodzący z Nilfheimu, królestwa zimna i lodu w mitologii nordyckiej. Również album można potraktować jako odniesienie do właściwości magicznych runy. Stabilizacja - oto słowo-klucz przy odsłuchu tego krążka. Każdy kawałek "płynął" równym tempem, nie było miejsca na przypadkowość czy improwizację. Za przykład służył Ascension, którego początek zapowiadał się jako ciężki i mocny, by po czasie przejść w przyciszone partie. Sami muzycy Enslaved znakomicie dawali sobie radę ze zmianą temp. Słuchacz nie doznawał szoku muzycznego mimo, że płyta posiadała zwiększoną nutę progresywnego grania. Z prostoty zespół wycisnął jak najwięcej i jak najlepiej. To był album, który albo się spodobał od razu, albo był skreślany na samym początku. Stylistycznie podobny był [11], na którym nie znalazło się miejsce na żadne kombinowanie czy muzyczne zawijasy. Charakterystyczny dźwięk gitary prowadzącej tworzył klimat całej płyty. Dźwięki odwoływały się do dokonań rocka progresywnego z lat 70-tych, jednak w wersji bardziej agresywnej. Generalnie znów tempa były wolno-średnie, czasami tylko odzywał się duch historii zespołu i na niektórych kawałkach panowie dali upust swoim skłonnnościom blackowym. Teksty oscylowały wokół wizji natury człowieka i jego ciągłej walki z religią, naturą i samym sobą. W porównaniu do poprzednika, [11] cieszył się lepszą produkcją, ale na minus należało zaliczyć brak świeżości i nowych pomysłów.


Norwegowie nigdy nie trzymali się ściśle określonych ram, zawsze robili coś zaskakującego i wyprzedzającego swoją epokę. Jednych taka nierówność artystyczna mogła zarówno odpychać, jak i przyciągać. W podobnych kategoriach należało traktować [12] - dzieło muzycznego konsensusu polegające na melancholijnej, jakby ślamazarnej i niezwykle inteligentnej konstrukcji utworów. Charakterystyczna dla Enslaved gitara prowadząca pełniła rolę przewodnika, wzbudzając różne emocje. Powolny i głęboki growl przerażał, wysokotonowy skrzek wzbudzał wręcz agresję i tylko "opowiadający" czysty wokal koił ucho. Ten wielowarstwowy głos był miernikiem uczuć i nastrojów. Przez dekadę Norwegowie zagłębiali się coraz bardziej w odmęty eksperymentalnego grania, przesiąkając progresywnym stylem. Zespół nigdy nie ukrywał fascynacji Pink Floyd, która odzwierciedlił się właśnie najbardziej na tym krążku, chociażby w Clouds czy Ground. 67-minutowy [15] przy pierwszym przesłuchu dłużył się, a problem tkwił w konstrukcji samych kompozycji, które niestety uproszczono. Motyw zwrotka-refren występował praktycznie w każdym utworze, a na domiar złego zespół przesadził z czystymi wokalami Herbranda Larsena, które pojawiały się w takich samych proporcjach co głównego wokalisty Kjellsona. Dwukrotne powtarzanie śpiewanych refrenów przez Larsena (Thoughts Like Hammers) sprawiało, że utwory na dłuższą metę stawały sie męczące, a jego słodki śpiew w Roots Of The Mountain nie przypadł do gustu zatwardziałym fanom grupy. Skrzek lidera zszedł na dalszy plan, przez co muzyka stała się bardziej przystępna i nie wymagała większego skupienia od słuchacza. Na domiar złego blackowe partie Kjellsona nie powalały i ten hybrydowy wokal w Veilburner czy na początku Materal powodowały mieszane uczucia. W Death In The Eyes Of Dawn Kjellson wręcz podrabiał manierę wokalną Äkerfeldta z Opeth. To co zawsze charakteryzowało muzykę Enslaved to blackowa motoryka i przestrzenność utworów. Tymczasem na nowym krążku próżno było szukać metalowej jazdy poza kilkoma momentami (początek Thoughts Like Hammers, środek Roots Of The Mountain). Jedynie tytułowy Riitiir zachował pierwiastki starego stylu wikingów, w którym zespół bez zbędnego przeciągania zamykał się w czasie pięciu i pół minuty. Podczas kiedy [13] stanowił idealne połączenie ciężaru, melodii i przebojowości, to na nowym albumie te proporcje zostały zachwiane. Muzykom niekiedy zabrakło pomysłów, czyste wokale nie współgrały z blackowym skrzekiem, a 10-minutowe kolosy wypełniono po brzegi "popisami" wokalistów, przez co nie odczuwało się przestrzeni. To co najbardziej martwiło słuchając nowego materiału to obawa o przyszłość zespołu. Formuła z czystymi wokalami Larsena po nagraniu trzech albumów powoli się wyczerpywała.
Na [16] Norwegowie nie przestali szukać nowych środków wyrazu. Pierwsze minuty Thurisaz Dreaming nawiązywały do blackmetalowych początków Enslaved i mogły dać ortodoksom nadzieję, że materiał będzie mocny, szybki i bez czystych zaśpiewów. Jednak nic z tego – tempo z czasem zostaje spowolnione i pojawiał się tembr anielskiego wręcz głosu Kjellsona. Muzycy konsekwentnie łagodzili styl z numeru na numer, coraz mocniej wprowadzając w muzykę czysty wokal i odkładając na bok blackowy skrzek/growl. Zespół stworzył najbardziej przystępny materiał w swojej karierze, co dobitnie potwierdzał Building With Fire z doskonałą grą perkusisty Bekkevolda. Growling mieszał się ze śpiewem, w refrenie przybierając odcienie Katatonii. Numery znów momentami rozwleczono, gdyż średni czas trwania kawałków to osiem minut. Pod względem aranżacyjnym utwory były przesadnie progresywne, ale jednocześnie trudno było w nich znaleźć charakterystycznego. Owszem, ekipa od blisko 15 lat była grupą poszukującą i unikającą prostych rozwiązań, ale słuchając tego krążka powstawało wrażenie, że Enslaved zaczynał zjadać własny ogon, a muzyka nie powodowała już szczególnych uniesień duszy. Było jednakże kilka momentów wspaniałych, jak przedziwnie oniryczna partia gitar z okolic pierwszej minuty w One Thousand Years Of Rain, która przechodziła w blackową młóckę. Z kolei w tytułowym In Times uwagę zwracał szatkowany riff, a w Daylight prowadzona zachowana w wolnym tempie końcówka zaskakiwała melodyjną solówką gitary w stylu Neala Schona z Journey. Co ciekawe to właśnie te nieliczne wściekłe fragmenty były na krążku najmniej porywające, a nawet wtórne. Oceniając nowy materiał, prawda leżała gdzieś pośrodku - rozmach kompozycyjny zbytnio przytłaczał: wściekła jazda, growl, instrumentalne wywijasy, gdzieś indziej chór, potem anielski śpiew wokalisty i partie akustyczne. Najgorsze, że po kilkukrotnym wysłuchaniu mało co pozostawało w głowie i nie wystarczał niby-kontrargument, iż zaledwie kilka przesłuchów nie pozwalało "wyłapać wszystkich niuansów od razu".


Od lewej: Arve Isdal, Hakon Vinje, Kjetil Grutle Kjellson, Ivar Björnson, Iver Sandoy

Z nowym klaliwszowcem Hakonem Vinje przystapiono do nagrywania [18]. Krążek nie był arcydziełem, lecz na szczęście zawierał wszystko co powinno być na płycie Enslaved. Na początek przede wszystkim cała masa pokręconych progresywnych riffów - tak dalece rozpoznawalnych, że nie dało się ich pomylić z żadną inną kapelą. Już w Storm Son znalazły się soczyste zagrywki przemieszane z podniosłymi chórami męskich wokali. Za czysty śpiew odpowiedzialny był głównie Vinje i w zasadzie tej tonacji niewiele można było zarzucic. On też wrzucił wspaniale wibrującą solówkę na organach Hammonda w Sacred Horse i w tym kawałku pojawiały się też najbardziej agresywne i "postrzępione" gitarowe akordy na całej płycie. Początkowe partie gitar w Feathers Of Eolh to jakby fuzja jazzu i groove, powtarzający się przez dwie początkowe minuty trwania numeru. Do wszystkiego dołączał również flet i instrument ten ostatni raz Björnson wykorzystał podczas sesji do [9]. Flet doskonale się tu wkomponował, tworząc atmosferyczne i z lekka rozmarzone partie, które tworzyły oniryczny wręcz klimau. Saksofon wyskakiwał w Hiindsiight niczym królik z kapelusza i przewijał się kilkakrotnie przez całą długość tego utworu, definitywnie o charakterze jazzowym. Do sześciu głównych kompozycji dorzucono dwa bonusy w postaci Djupet i coveru norweskiego duetu Röyksopp What Else Is There?, udowadniającego jak szerokie były horyzonty muzyków. Materiał w porównaniu do poprzednika był jeszcze mniej agresywny, bardziej melodyjny i stawiający na stworzenie atmosfery. Zespół nie wahał się sięgnąć po nowe środki wyrazu, jednocześnie dalej podążając po ścieżce dobrze już fanom znanej.
Na [19] ekipa niezmiennie podążała własną ścieżką progresywnego (black) metalu. Pomimo to album potrafił zaskoczyć, gdyż Enslaved nie oglądał się za siebie. Doskonały growling Kjellsona i kilka mocniejszych momentów (fragmenty Homebound i Storms Of Utgard, riff otwierający Jettegryta) to za mało, by w pełni usatysfakcjonować oldschoolowych fanów zespołu. Znacznie większa była liczba nowych maniaków którzy przyzwyczaili się do nieodwracalnych progresywnych zapędów Ivara Björnsona. Płyta wnosiła sporo powietrza i ciekawych rozwiązań, choć lider najczęściej zbaczał na manowce, kiedy na siłę próbował skomplikować coś co lepiej sprawdzało się w prostszej formule. Przykładem był wspomniany Jettegryta - pięknie niesiony riffem rodem z [9] oraz growlingiem Kjelssona poprzetykanym czystymi partiami śpiewu Vinje i nowego perkusisty Ivera Sandoy. Sęk w tym, że pod koniec utworu wklejono gitarowe i klawiszowe progowe łamańce, które nie pasowały do całości. Z drugiej strony te stylistyczne poszukiwania wychodzące ze strefy komfortu, potrafiły dać zaskakujące rezultaty, jak elektroniczna inwokacja Útgardr, która płynnie przechodziła w absolutnie fenomenalny Urjotun - jeden z najlepszych utworów Enslaved od wielu lat. Był to kawałek transowy i orbitujący gdzieś w kosmosie, podbity mechaniczną partią basu wziętą wprost z post-punkowej szuflady. Nieźle prezentował się również Fires In The Dark, którego wikingowy początek brzmiał jakby powstał na fali współpracy z Einarem Selvikiem z Wardruny, choć równocześnie stanowił przecież pomost do najstarszych dokonań grupy. To bardzo klimatyczna kompozycja, dobrze łącząca stare z nowym, co już trochę gorzej wypadło w Homebound - numerze poskładanym z niezbyt do siebie pasujących klocków, pochodzących z różnych pudełek. Dziwaczne dzwonki w końcówce Sequence jako żywo przywoływał świąteczny klimat. Spójny Storms Of Utgard to już niemal czysty prog-metal, a krążek zamykał Distant Seasons w całości czysto zaśpiewany i trochę przesłodzony, ale intrygująco pasujący na zakończenie krążka.
Również [21] odrzucał pogoń za sentymentami na rzecz ciągłych poszukiwań, ale rzekomo postępowe myślenie kapeli wielokrotnie zawodziło w kontekście zawartości niektórych poprzednich albumów. Tutaj zespół wreszcie odrzucił epatowanie rzekomym wyrafinowaniem, skupiając się przede wszystkim na aranżacjach, a nie na jak najbardziej złożonych rozwiązaniach instrumentalnych. Wciąż naturalnie wszędzie pojawiały się prog-metalowe elementy pod postacią klawiszowo-gitarowych pojedynków na solówki, niestandardowych zabaw metrum, zbudowanego na uniesieniach czystego wokalu Vinjegczy nieco zbyt wycyzelowanej produkcji. Te składowe nie były jednak natrętne i podanie ich w zredukowanej dawce przyniosło znakomite skutki. Jak w soczewce te zalety skupiał Congelii, gdzie formacja wytrwale raniła ciszę blackmetalowym riffem przy wtórze blastów. Grupa potrafiła też koncertowo połączyć prog-rockową elegancję z żarliwością metalu o najciemniejszych barwach. W Kingdom bezproblemowo znajdowano złoty środek między jaskrawymi Hammondami a rwanym riffem i agresją momentami usytuowaną w okolicach thrash metalu. Nawet w The Eternal Sea, w którym nacisk położono głównie na wzniosłą melodię, liczył się głównie wpadający w głowę motyw gitarowy i kluczowe dla utworu wokale. Norwegowie zrozumieli, że najważniejsza w przyrodzie była równowaga, więc przeprosili się z black metalem, odsuwając się nieco od uprawianego przez lata progresywnego trzonu muzyki.
Ivar Björnson grał w Borknagar, blackmetalowym Trinacria (Travel Now Journey Infinitely w 2008), ambientowym BardSpec (Hydrogen w 2017) i Skuggsjá. Arve Isdal grał w I, Audrey Horne, Ov Hell, Demonaz i Immortal. Harald Helgeson współzałożył viking/deathmetalowy Thundra (trzy krążki: Blood Of Your Soul w 2000, Worshipped By Chaos w 2006 i Ignored By Fear w 2009), a Trym Torson bębnił w Emperor, Hagalaz' Runedance, Zyklon i Paganize.

ALBUM ŚPIEW, BAS GITARA GITARA KLAWISZE PERKUSJA
[1-4] Kjetil Tvedte Grutle `Kjellson` Ivar `Björnson` Peersen Kai `Trym Torson` Mosaker
[5] Kjetil Tvedte Grutle `Kjellson` Ivar `Björnson` Peersen Harald `Helgeson` Revheim
[6-8] Kjetil Tvedte Grutle `Kjellson` Roy Kronheim Ivar `Björnson` Peersen Per `Dirge Rep` Husebo
[9] Kjetil Tvedte Grutle `Kjellson` Arve `Ice Dale` Isdal Ivar `Björnson` Peersen Per `Dirge Rep` Husebo
[10-16] Kjetil Tvedte Grutle `Kjellson` Arve `Ice Dale` Isdal Ivar `Björnson` Peersen Herbrand Larsen Cato Bekkevold
[10-16] Kjetil Tvedte Grutle `Kjellson` Arve `Ice Dale` Isdal Ivar `Björnson` Peersen Kjetil Tvedte Grutle `Kjellson` Cato Bekkevold
[17] Kjetil Tvedte Grutle `Kjellson` Arve `Ice Dale` Isdal Ivar `Björnson` Peersen Herbrand Larsen Cato Bekkevold
[18] Kjetil Tvedte Grutle `Kjellson` Arve `Ice Dale` Isdal Ivar `Björnson` Peersen Hakon Vinje Cato Bekkevold
[19-21] Kjetil Tvedte Grutle `Kjellson` Arve `Ice Dale` Isdal Ivar `Björnson` Peersen Hakon Vinje Iver Sandoy

Trym Torson (ex-Imperium/NOR), Dirge Rep (ex-Gehenna), Ice Dale (ex-Old Funeral), Iver Sandoy (ex-Manngard, ex-Trinacria, ex-Ilti Milta)

Rok wydania Tytuł
1993 [1] Hordanes Land EP
1994 [2] Vikingligr Veldi
1994 [3] Frost
1995 [4] Yggdrasill [split z Satyricon]
1997 [5] Eld
1998 [6] Blodhemn
2000 [7] Mardraum - Beyond The Within
2001 [8] Momunension
2003 [9] Below The Lights
2004 [10] Isa
2006 [11] Ruun
2008 [12] Vertebrae
2010 [13] Axioma Ethica Odini
2011 [14] The Sleeping Gods EP
2012 [15] Riitiir
2015 [16] In Times
2017 [17] Roadburn Live (live)
2017 [18] E
2020 [19] Utgard
2021 [20] Caravans To The Outer Worlds EP
2023 [21] Heimdal

          

          

          

    

Powrót do spisu treści