Brytyjska grupa założona w 1981 w Birmingham. W okresie 1982-1986 wydała aż siedem demówek, z których pierwsza "Halloween" pochodziła z września 1982. Zawierała on m.in. pierwszy kawałek w ogóle nagrany przez kapelę Punk Is A Rotting Corpse z grudnia 1981. Pod koniec 1986 muzycy zwrócili na siebie uwagę szefów zaczynającej działalność wytwórni Earache. Wydany 1 lipca 1986 debiut nagrano niewyobrażalnie niskim kosztem 300 funtów - zawierał on aż 28 kawałków o łącznym czasie 33 minut. Były to hałaśliwe miniatury o skrajnie uproszczonej konstrukcji, szaleńczych tempach i obscenicznej treści (The Kill, Scum, Polluted Minds, Divine Death). Do "Księgi Rekordów Guinessa" trafił jako najkrótszy utwór w historii muzyki rozrywkowej You Suffer, trwający dokładnie 1.316 sekundy. Wyjątek od reguły stanowił czterominutowy Siege Of Power. Numery cechowała prostota, brutalność i garażowe brzmienie. Charkot Lee Dorriana był zupełnie niezrozumiały, a pozostali szarpali struny gitar bez jakiejkolwiek synchronizacji. Napalm Death (obok Repulsion) uznano za pionierów grindcore`u, stylu marginalnie odpychającego i agresywnego - już wówczas niemożliwością było doszukanie się w tej antytezie muzycznego smaku i melodii jakichkolwiek wartości. Skupianie się na huraganowych szybkościach było na tym krążku ekstremalne, do czego przyczyniło się też posiadanie w swoim składzie perkusisty Micka Harrisa. Przy okazji Napalm Death rezygnował z miażdżącego riffowania czy wgniatającego w fotel brzmienia. Wzorem najwcześniejszego Celtic Frost, gitary tworzyły z mocno przesterowanym basem jednolitą i mało urozmaiconą ścianę dźwięku. Krótkie chaotyczne solówki pojawiały się z rzadka i nie grzeszyły techniką, zresztą zagrano je od niechcenia i w formie przypadkowej zbitki dźwięków, różnorakich pisków i sprzężeń. Wpływy punkowe i hardcore`owe objawiały się w "tekstach", pełnych lewicowych treści o bolączkach angielskiego społeczeństwa epoki konserwatywnej premier Margaret Thatcher. Album stanowił zapis dwóch sesji nagraniowych, stworzonych przez odmienne składy. Umieszczono je pierwotnie na dwóch stronach winyla i na wersji CD album mógł wydawać się niespójny. Pierwsza sesja to początkowe 12 utworów, nagrana w składzie: Mick Harris, Justin Broadrick i Nick Bullen - muzyków, którzy w przyszłości będą znani głównie z tworzenia metalu industrialnego i muzyki elektronicznej. Utwory te były dłuższe i lepiej zagrane, z piłującymi riffami (obecnymi zwłaszcza w zwolnieniach) i z przesterowanym brzmieniem basu w rodzaju Carnivore. Darcie gardła Bullen odwoływało się do hardcore`owo-punkowego niechlujstwa. Brzmienie tej części płyty było surowe i podziemne (Instinct Of Survival, Multinational Corporations, Born On Your Knees). Drugą połowę płyty zrealizowano w składzie: Mick Harris, Lee Dorrian, Jim Whiteley i Bill Steer. Ta czwórka nagrała krótkie wyrzuty ekstremalnej agresji, bliższe tradycji hardcore`owej niż metalowej. Zwolnień i urozmaiceń było niewiele, bo utwory nie przekraczały dwóch minut. Zwolennicy ekstremy z pewnością zwrócili uwagę na wyeksponowane popisy Micka Harrisa, który nie odpuszczał i popisywał się blastowaniem. Pozostała trójka po prostu rzępoliła swoje, niczym się nie wyróżniając. Słuchając wrzasku Dorriana i histerycznych skrzeków Harrisa nie wiadomo czy słuchacz miał się śmiać czy płakać. Brzmienie tej części ocierało się o garażowa surowiznę - ono po części powodowało, iż bolączką materiału był brak jakiejkolwiek rozpoznawalności. Ten problem zresztą stanie się charakterystyczny dla dużej części sceny grindcore`owej. Wyjątkiem był zamykający album, miejscami wolniejszy Dragnet, a także thrashujące zwolnienie w środku Success?. Ostatecznie płyta ma przede wszystkim wartość historyczną, de facto tworząc grindcore - na razie jeszcze w nieoszlifowanej i niedopracowanej wersji. Z dzisiejszej perspektywy album przegrywa na starcie choćby z World Downfall Terrorizer czy Symphonies Of Sickness Carcass. Mimo, że prasa muzyczna odniosła się do zespołu z dużą dozą pogardy, to muzyka Napalm Death znalazła liczne grono entuzjastów, a debiut rozszedł się w trudnej do uwierzenia ilości 50 000 egzemplarzy.
Po dołączeniu basisty Shane`a Embury`ego, powstał [2] - drugi i ostatni czysto grindcorowy krążek Napalmów. Dominował ekstremalnie szybki hałas z dużą ilością blastów, z elementami wściekłego hardcore i punka. Gitary tworzyły jednolitą ścianę dźwięku, z rzadka wchodząc w ciekawsze riffowanie i serwując krótkie kakafoniczne solówki, w których Bill Steer nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Kwartet dorzucił do zestawu kilka bardziej zróżnicowanych kompozycji, z pojawiającymi się w nich zwolnieniami i średnimi tempami. W wersji pierwotnej nagrano 22 utwory (w rozszerzonej 27), co dało niespełna pół godziny muzyki. W ten sposób kawałki trwały najczęściej w okolicach jednej minuty. Znów pierwsze skrzypce grał bębniarz Mick Harris, masakrujący ultraszybki werbel i uwielbiający punkowe galopady i hałaśliwe przejścia. Wyróżniał się też przesterowany wyrazisty bas Embury`ego - nowa wizytówka grupy i obiekt naśladowania przez konkurencję. Lee Dorian wokalnie wypadł średnio, bo monotonnie krzyczał i ryczał, przez co niemożliwym było skupienie się na lewackich tekstach (przekaz liryczny dla członków Napalm Death był zawsze istotny). Wsparciem dla growlingu były histeryczne wysokie wrzaski Harrisa i taki wokalny dwugłos także miał zostać znakiem rozpoznawczym twórczości Anglików. Brzmienie było wciąż surowe, ale czytelne i w związku z tym płyta mimo swej ekstremalności nie sprawiała dużych problemów w przyswojeniu. Słuchacz zapamiętywał przede wszystkim utwory "bardziej rozbudowane" i od czasu do czasu zwalniające - Unchallenged Hate, Display To Me, motoryczny tytułowy From Enslavement To Obliteration, rozpoczynający się długą perkusyjną kanonadą Practice What You Preach i wreszcie galopujący w punkowym stylu Mentally Murdered. Fanom grindcore`u podobał się również początek i koniec płyty, który tworzyły dwie wolne kompozycje Evolved As One oraz The Curse - oba z bulgoczącym basem o industrialnym posmaku. Z utworów krótkich i bezkompromisowych warto zwrócić uwagę na It`s A M.A.N.S World, nie biorący jeńców chaotyczny Lucid Fairytale i wściekły Retreat To Nowhere. W przeciwieństwie do debiutu, tym razem utwory tworzyły spójną całość, która pomimo pewnej monotonii i sporych dawek jednostajnego grania, potrafiła przyciągnąć i zaintrygować. Krążek wyczerpał możliwości rozwoju formacji w tak bezkompromisowym kierunku i finalnie postawił go pod ścianą. Konsekwentne trzymanie się tej drogi rozwojowej sprawiłoby, że Napalm Death szybko odszedłby do lamusa historii, osiągając co prawda pozycję kultową pioniera grindcore, ale nic ponadto. Stało się inaczej i na kolejnych albumach Napalmi postanowili dokonać sporej korekty swego stylu, wprowadzając do niego elementy death metalu. To oczywiście wywołało kontrowersje, ale przy okazji przedłużyło żywotność zespołu i zainteresowanie nim publiczności.
Kiedy po nagraniu [3] odeszli Lee Dorrian (założył Cathedral) i Bill Steer (skupił się na działalności w Carcass), do grupy dołączył Mark Greenway (ur. 13 lipca 1969). Nagrany już z nim za mikrofonem [4] powstał pod producenckim okiem Scotta Burnsa i wrażeniem Leprosy Death. Album ukazywał chęć odejścia od typowo rozumianego grindcore w kierunku death metalu, a utwory uległy znacznemu wydłużeniu. To były nadal dość proste dźwięki, ale poszczególne partie instrumentów tym razem wyselekcjonowano, unikając wrażenia bezmyślnej rąbanki. Z aranżacji emanował wpływ punk rocka, a w numerze Unfit Earth gościnnie udzielili się Glen Benton z Deicide oraz John Tardy z Obituary. Część fanów to bardziej konwencjonalne oblicze formacji uznało za "zdradę", gdyż Napalmi po raz pierwszy zaserwowali linie melodyczne z refrenami, a także solówki z prawdziwego zdarzenia. Te ostatnie po prawdzie pojawiły się sporadycznie i nie były mocną stroną albumu. Ze starego stylu pozostały moc, ciężar i szaleńcze tempo. Chora i dewastująca lawina dźwięków stała się elementem wspólnym wszystkich etapów działalności zespołu. Ten zestaw utworów niósł ze sobą prawdziwie niszczycielską siłę, która tłamsiła i przygniatała. Greenway darł się mocnym, choć jednostajnym głosem. Teksty dotyczyły spraw społecznych - zwykle ukazywały rujnującą działalność ludzi obdarzonych władzą i owładniętych bezsensowną rywalizacją. Mind Snare dotyczył niszczącego działania heroiny, Suffer The Children stanowił obraz ludzi manipulowanych i niszczonych przez religijnych przywódców, natomiast Extremity Retained był celnym ciosem wymierzonym w krytyków widzących w muzyce ekstremalnej jedynie bezsensowny hałas. Krążek stał się płytą przełomową nie tylko dla samych Napalmów, ale i całej ekstremalnej sceny.


Od lewej: Mick Harris, Shane Embury, Mark Greenway, Mitch Harris, Jesse Pintado

[5] zawierał nagrania z czwórki Suffer The Children z 1990, EP-ki Mass Appeal Madness z 1991 oraz fragmenty wspólnej sesji z japońskim S.O.B. [6] potwierdzał fakt, że grupa zdecydowała się tworzyć metal strawniejszy. To rozwinięcie pomysłów z poprzednika nadal wykorzystywało wiele pierwiastków punkowych. W procesie realizacji zastosowano nadzwyczaj płaskie brzmienie gitar, dlatego też na pierwszym planie znalazły się wokal i bębny. Ewolucja polegała przede wszystkim na postawieniu na miażdżące masywneg brzmienia pod kuratelą producenta Collina Richardsona. Wzorem pierwszych dwóch albumów Anglicy powrócili do pisania zwięzłych numerów, w których blastowym galopadom towarzyszyły urozmaicone zagrywkami w rodzaju kakafonicznych slayerowych solówek. Utwory wzbogaciły zwolnienia i fragmenty utrzymane w średnich tempach. Napalmi nagrali także dwa nietypowe kawałki, które dawały odpocząć od hałasu. Discordance to krótkie industrialne intro z szumami i pogłosami, natomiast zamykający wszystko Contemptuous był przykładem grania powolnego, opartego na wyrazistym brzmieniu basu, uderzeniach perkusji stylizowanych na automat perkusyjny oraz sporej monotonii prezentowanych motywów. Po raz pierwszy za perkusją zasiadł Danny Herrera, który potrafił walić w werbel z prędkością światła, prezentując podejście siłowe i urozmaicone zagrywki rytmiczne. Przede wszystkim jednak nowy bębniarz podchodził do swojej pracy metalowo, podczas gdy Mick Harris stawiał na rytmy punkowe i hardcore'owe. Mark Greenway darł się podręcznikowo, a jego growling miejscami zbrutalizowano przy pomocy różnego rodzaju efektów studyjnych. Frontmana wspierał okazjonalnie histerycznym i zniekształconym elektronicznie krzykiem Shane Embury, który zastąpił Micka Harrisa w roli wokalisty wspomagającego. Oryginalną cechą płyty, której w przyszłości zespół nie będzie raczej używał, była lekko industrialna produkcja w stylu wczesnych albumów Godflesh. Najlepsze kompozycje z tego albumu to: utrzymany w średnim tempie I Abstain; następujący po nim agresywny Dementia Access, sięgający do thrashowych rytmicznych galopad The World Keeps Turning oraz melodyjny riffowo i stawiający na prostotę rytmiczną Juidicial Slime. Zespół nagrał swoją najlepszą płytę, jeśli chodzi o wczesny okres działalności. Poszczególne numery broniły się większym lub mniejszym poziomem chwytliwości i przystępnością odbioru. Co ciekawe, pomimo że właśnie na [6] Napalm Death udało się ostatecznie wypracować własny styl, to dopiero po ośmiu latach zespół wrócił do tego typu grania. W tamtych czasach bowiem w Anglikach siedziała natura eksperymentatorów i poszukiwaczy nowych dźwięków, w efekcie czego woleli oni nagrywać mniej typowego łojenia w zamian za przekraczanie kolejnych granic ekstremy.
Wielkim zaskoczeniem był [7], na którym Napalmi stworzyli materiał masywny i urozmaicony. Właściwie jedyną składową, która nie uległa zmianie był wokal Greenway`a. Wielkim plusem okazały się pomysłowe riffy i nieszablonowa praca sekcji rytmicznej. Krążek przynosił zwolnienie tempa - wprawdzie nadal ekipa stosowała perkusyjne nawalanki, jednak stanowiły one jedynie większy element całości. Poza kończącym płyte Throwaway ekstremalne tempa zeszły na dalszy plan, oddając palmę pierwszeństwa średnim, a nawet wolnym rytmom, które dodatkowo miejscami połamano na wzór nowojorskich kapel hardcore`owych. Nad muzką unosił się wszechobecny brud brzmieniowy, co uzyskano dzięki bardzo nisko nastrojonym gitarom, tworzących jednolitą ścianę dźwięków, urozmaicaną industrialnie brzmiącymi zagrywkami co przypomina trochę pomysły Andreasa Kissera z Sepultury. Zespół zrezygnował z grania klasycznych solówek, a ich pomijanie stało się potem charakterystycznym pierwiastkiem dalszej dyskografii. Grę gitar tradycyjnie uzupełniał mocno przesterowany bas Embury`ego oraz brzmiąca niczym buldożer perkusja Herrery. Uliczny ponury klimat płyty kształtowało z jednej strony mocno zamulone nieprzejrzyste brzmienie, a z drugiej brutalny i nieco monotonny growling Marka. Nie zabrakło utworów chwytliwych, z których kilku udało się wejść do klasyki zespołowej twórczości. Najciekawsze rzeczy Anglicy serwowali na początku albumu: najpierw poprzez połamany rytmicznie Twist The Knife (Slowly), potem przy dość eksperymentalnego Hung, przez zmienny rytmicznie tradycyjnie deathmetalowy Remain Nameless, kończąc na prawdziwym killerze More Than Meets The Eye. Druga połowa płyty popadała w przeciętność, choć uwagę zwracał Armageddon X7 - numer deklamowany czystym głosem przez Greenway`a na tle machineheadowych piskliwych riffów. Album otworzył drugi etap w działalności Napalm Death - ten najbardziej eksperymentalny. Muzycy postanowili się realizować w wolniejszych tempach, zawsze jednak bazujących na estetyce death metalowej.
[9] miał dać odpowiedź czy zwolnienie tempa i eksperymenty były tylko jednorazowe czy też miały na dłużej zagościć w twórczości Anglików. Ku rozpaczy ortodoksyjnych fanów, Napalm Death wybrał drugą drogę i nie wracać do korzeni. Co więcej, materiał jeszcze mocniej odchodził od ultraszybkiego młócenia. Przede wszystkim mocno zmiękczono brzmienie całości. Płyta brzmiała klarownie i wręcz zbyt lekko. Znikła masywność [6], nie było mowy o brudzie i noise'owych ciągotach [7] - tutaj postawiono na sterylną produkcję, wyraźnie eksponującą grę wszystkich instrumentów. W sferze gitar pojawiło się mnóstwo świetnych riffów i zabaw brzmieniem, a perkusja Herrery wypadła nieszablonowo. Mark Greenway obok charakterystycznego dla siebie, inwazyjnego growlingu próbował znów eksperymentów z przesterami i czystymi deklamacjami. Kontynuacja stylistyki poprzednika objawiała się przede wszystkim w ponownych zwolnieniach temp z dominującym w nich średnim tempem. Okazjonalne blasty pojawiały się jedynie w trzech utworach i w żadnym z nich nie stanowiły głównego tematu muzycznego, a jedynie dodatek). Do tego dwa utwory stanowiły jak na napalmowe standardy przykład ślimaczego grania, swoją drogą mocno inspirowanego twórczością kapel groove-metalowych pokroju Sepultury czy Machine Head. Skorzystano tez z mechanicznych motywów spod znaku Demanufacture Fear Factory. Zaskoczyć mogły też fragmenty zupełnie pozbawione gitarowego podkładu, w których na pierwszy plan wychodziły bas i perkusja - coś takiego wcześniej w twórczości Napalmów się nie pojawiało. Specyficzna chwytliwość cechowała takie numery jak Greed Killing czy Cursed To Crawl - nie bez znaczenia w tej kwestii było uproszczenie budowy utworów i trzymanie się w nich klasycznych zwrotkowo-refrenowych struktur, urozmaicanych jedynie kombinowaniem w części środkowej. W pamięć zapadały także: agresywniejszy Glimpse Into Genocide, mocno eksperymentalny Cold Forgiveness oraz najbardziej przypominający dawne czasy trzyczęściowy Diatribes. Ponownie znalazła się spora grupa fanów, która zarzuciła grupie pójście na łatwiznę i sprzedanie się, inni za to docenili eksperymentalność i melodyjność tego krążka.


Od lewej: Danny Herrera, Shane Embury, Mitch Harris, Mark Greenway

[10] ukazał się w dość dramatycznych okolicznościach, które gdyby potoczyły się inaczej, mogłyby ostro zmienić historię Napalm Death. Po fali krytyki jaka spadła na zespół po ukazaniu się [9], grupę opuścił wokalista Mark Greenway, który na krótko zasilił skład grindcore`owego Extreme Noise Terror, a przyjęty z tamtej ekipy Phil Vane nie zrealizował z Napalmami żadnych nagrań. Mark jednak szybko pogodził się z dawnymi kolegami i powrócił, by wspólnie nagrać nowy album. Był on kontynuacją [7] i [9], mając jednak kilka cech swoistych. Podobnie jak na tamtych płytach, także tutaj dominowały średnie tempa, a blasty znów pojawiały się tylko w trzech utworach. Zespołowi nieobce stały się również wolniejsze i zahaczające o sludge klimaty, które mocno opanowały tytułowy Inside The Torn Apart i zamykający całość The Lifeless Alarm. Wśród inspiracji pozostał ciężar kapel groove- metalowych, a lekkie odwołania do nu-metalu przewijały się w krótkich ciętych riffach i skoczności niektórych kompozycji. Utwory uległy lekkiemu skróceniu, trzymając się raczej okolic trzech minut. Nowym elementem była pewna mechaniczność poszczególnych utworów bez elementów improwizacji, sprawiająca wrażenie muzyki granej przez roboty, a nie żywych ludzi (na wzór Fear Factory i Strapping Young Lad). Trochę przybrudzono brzmienie, które nie było już tak przystępne jak na [9], ale dalej ze sporą czystością i selektywnością produkcji. Mitch Harrris i Jesse Pintado potrafili cały czas pisać dobre riffy, bawić się gitarowymi brzmieniami - po raz kolejny bez klasycznych gitarowych solówek. Dobrze spisał się rasowy growling Barney'a, wspomagany różnymi eksperymentami czy nakładkami wokalnymi. Najlepsze utwory jak na większości swoich płyt, Napalm Death zamieścił w pierwszej połowie albumu. Poczynając od dwóch największych hitów tego wydawnictwa: średnio-szybkiego Breed To Breathe oraz połamanego rytmicznie Birth In Regress z podkreśloną linią basu. Podobać się mógły również: galopujący Reflect In Conflict oraz zbudowany na ciężkiej linii basu Down In The Zero. Krążek został uznany za słaby, a przecież trafiło tu sporo niezłych numerów i sprawnie balansować między tradycyjnym dla siebie graniem a ciągotami do eksperymentów. Z płyty jednak przy bliższym przesłuchu bił brak radości grania, jakby niedoszły konflikt personalny między muzykami doprowadził do zawodowego wypalenia.
[12] i [16] były zbiorami coverów, a [15] dokumentował koncert z trasy promującej [13]. Warto zatrzymac się na chwilę przy głebszej analizie [12], gdyż EP-ka sygnalizowała, że czas eksperymentowania dobiegał końca, a Napalmi zamierzali wrócić do szybkiego napieprzania. Sześć przeróbek to przekrój przez twórczość zespołów, które inspirowały Anglików na początku ich kariery. Były to klasyki sceny punkowej i hardcore'owej jak zwięzłe muzycznie Politicians z repertuaru Raw Power czy agresywny Nazi Punks Fuck Off autorstwa Dead Kennedys. Znalazł się tu równiez cover "celticfrostowego" Incinerator Slaughter czy też agresywnego Demonic Possesion chilijskiego Pentagram. Był w końcu klasyk rodzącego się w połowie lat 80-ych XX wieku death metalu, znany z wczesnych demówek Chucka Schuldinera Back From The Dead, którego fragmenty wykorzystano później w utworze Living Monstrosity z płyty Spiritual Healing. Wszystko podsumowano grindcore'ową naparzanką Maggots In Your Coffin Repulsion. Wszystkie utwory zachowały ducha oryginałów, brzmiąc mniej szaleńczo niż autorska twórczość Napalm Death. Choć pod względem rytmicznym płytka była jednorodna, muzycy w żadnym momencie nie zawodzili. Na sporym luzie nagraną muzykę oprawiono ciężkim i jednocześnie selektywnym brzmieniem, doskonale podkreślającym wszystkie atuty muzyki zespołu. W kolejnych latach [12] dołączono jako bonus do wznowień [13], doskonale zresztą zgrywając się z tym albumem. Sposób potraktowania utworów innych wykonawców, a przede wszystkim żywiołowość i energia płynąca z poszczególnych kompozycji, sprawiły że materiał pozytywnie wzbogacił dyskografię Napalmów.
Od [17] muzyka Napalm Death weszła na wyższe obroty, dzięki odpowiedniemu wykorzystaniu nowoczesnej technologii. Powstały kawałki intensywne i sugestywne, ale też nad wyraz czytelne i zachowujące najbardziej rozpoznawalne cechy Napalmów. Za sprawą doświadczenia to co z założenia miało być chaotyczne i nieokrzesane, nabierało wręcz cech deathmetalowego przeboju, czego przykładem był numer tytułowy z [19] - wyjątkowo wolny i z przesterowanym czystym wokalem, który nawet przez moment nie tracił typowej ekspresji. Jeśli ktoś na tej płycie spodziewał się brudu i nuty niechlujstwa mógł się rozczarować. Napalmi atakowali tutaj sterylnym deathem, porzucając zagrywki punkowe. W efekcie otrzymano dzieło wykalkulowane, na którym ciężko było odnaleźć pasję znaną z przeszłości.
Dyskografię uzupełniało nagranie Nazi Punks Fuck Off ze składanki "Virus 100" oraz wydana w marcu 2018 podwójna składanka Coded Smears And More Uncommon Slurs.

Byli i obecni członkowie zespołu występowali też w innych grupach:

ALBUM ŚPIEW GITARA GITARA BAS PERKUSJA
[1] Nicholas Bullen / Lee Dorrian Justin Broadrick / Bill Steer Nicholas Bullen / Jim Whitely Mick Harris
[2-3] Lee Dorrian Bill Steer Shane Embury Mick Harris
[4-5] Mark `Barney` Greenway Mitch Harris Jesse Pintado Shane Embury Mick Harris
[6-13] Mark `Barney` Greenway Mitch Harris Jesse Pintado Shane Embury Danny Herrera
[14-23] Mark `Barney` Greenway Mitch Harris Shane Embury Danny Herrera

Bill Steer (Carcass), Shane Embury (ex-Warhammer, ex-Azagthoth, ex-Unseen Terror),
Mark Greenway (ex-Benedition), Mitch Harris (ex-Defecation)


Rok wydania Tytuł
1987 [1] Scum
1988 [2] From Enslavement To Obliteration
1989 [3] Mentally Murdered EP
1990 [4] Harmony Corruption
1991 [5] Death By Manipulation (kompilacja)
1992 [6] Utopia Banished
1994 [7] Fear, Emptiness, Despair
1995 [8] Greed Killing EP
1996 [9] Diatribes
1997 [10] Inside The Torn Apart
1998 [11] Words From The Exit Wound
1999 [12] Leaders Not Followers EP
2000 [13] Enemy Of The Music Business
2002 [14] Order Of The Leech
2003 [15] Punishment In Capitals (live)
2004 [16] Leaders Not Followers 2
2005 [17] The Code Is Red...Long Live The Code
2006 [18] Smear Campaign
2009 [19] Time Waits For No Slave
2012 [20] Utilitarian
2015 [21] Apex Predator - Easy Meat
2020 [22] Throes Of Joy In The Jaws Of Defeatism
2022 [23] Resentment Is Always Seismic EP

          

          

          

        

Powrót do spisu treści